„Miała dziwaczny przymus wypowiadania się, notowania, relacjonowania, raportowania, zapisywania wszystkiego, co obserwowała, interweniowania. Biegle czytała po niemiecku i francusku, więc również tłumaczyła i recenzowała obcojęzyczne publikacje. W wielu tekstach pisała: może to się komuś przyda, może ktoś będzie miał z tego pożytek, może zostanie to kiedyś wykorzystane do badań nad czymś tam. Mogło więc też chodzić po prostu o pamięć, o zapisywanie się w czyjejś pamięci takimi środkami, jakie się ma do dyspozycji – ludzie przecież właśnie dlatego opowiadają swojej historie, żeby ktoś ich pamiętał”.


W wydawnictwie Dowody na Istnienie najwyraźniej zawiązała się komórka reportażu historycznego. Jej celem, tak myślę, jest przybliżenie postaci z przeszłości znanych mniej lub niemal wcale (nawet jeśli czasem na ich drodze stają Piłsudski, Witkacy, Żeromski). Ich czynów, relacji, przemyśleń, które bywają aktualne niezależnie od epoki i często wbrew otoczeniu („Mają jednak coś wspólnego, coś oprócz nazwiska, oprócz tych poszarpanych linii życia: ich świat był światem kobiet. W świecie zdominowanym przez mężczyzn budowały sobie żeńskie sieci wsparcia”). Tak mam z doktór Zofią Sadowską w książce autorstwa Wojtek Szot i tytułowymi bohaterkami reportażu „Krahelska. Krahelskie” Olga Gitkiewicz. O tej pierwsze publikacji pisałem na swoim FB w sierpniu ubiegłego roku; czas na najnowsze „dziecko” posiadaczki nagrody Książka Reporterska Roku Grand Press 2020.


Chcę napisać od razu: to również książka o samej Olga Gitkiewicz. Nie w sensie biograficznym, ale o jej chęci pokazania swoich bohaterek bardziej niż przez np. pozowanie postaci do pomnika warszawskiej Syrenki, walce w Powstaniu Warszawskim czy udziału w zamachu na ważnego przedstawiciela caratu. Pisze: „Wszystko jedno, czy na tym schodku stała Krahelska, czy Waśniewska, czy jeszcze inna -ska, pozwalam sobie myśleć, że każda z nich dostrzegała i rozkładała na czynniki pierwsze ten schemat, to, że kobiety się zapomina, pomija ich doświadczenie lub gorzej – zamyka w efektownych obrazkach, opowiada ich los przez losy ich mężczyzn, sprowadza życiorys do feminizujących legend, ustawia do zdjęć”.


Kiedy pojawia się wątek zamachu na generała Georgija Antonowicza Skałona, mam wrażenie, jakby chodziło nie o czyn niesamowicie heroiczny, ale coś oczywistego. Tak jest też w innych sytuacjach. Stąd pewnie słowa: „Krystyna prawdziwa nigdy nie pragnęła być bohaterką, nigdy nie marzyła o sławie w jakiejkolwiek postaci. Pragnęła jedynie być we wszystkim sobą i wyśpiewywać siebie – od źródeł, od korzeni, dając ludziom piękno, a cierpiącym – ukojenie”.
Czymś normalnym wydaje się szarpanina Haliny Karhelskiej w przedsiębiorcami o poprawę losu ich pracowników. Nawet jeśli „fabrykantom nerwowo chodziły grdyki, już w myślach produkowali skargi, już się zastanawiali, do kogo dzwonić, którym nazwiskiem tej babie zagrozić. Była na to przygotowana”. Ta sama Halina w sierpniu 1942 roku zanotowała: „Dziś najaktualniejszą dla mnie kwestją jest to haniebne milczenie całego świata w obliczu masakry Żydów polskich, sięgającej paruset tysięcy. Jest czymś zgoła niemieszczącym się w wyobraźni ludzkiej, że może milczeć o tym polskie radio, polska prasa zagraniczna, polski rząd, a oczywiście też prasa i radio angielskie, neutralne i nie dość uwagi i rozgłosu nadaje temu radio sowieckie”.


Olga Gitkiewicz przykłada lupę do meritum, odziera je z patosu, co widać również w wątku rzekomej śmierci powstańczyni warszawskiej wśród słoneczników. Jej bohaterki zakochują się, obcinają włosy, zapuszczają je, upinają w korony, rozplatają. Do tego „tyły, chudły, zyskiwały przyjaciół i wrogów, podróżowały, wychowywały dzieci, o dzieciach marzyły”. Codzienność, życie.


To również książka o Autorce przez ukazanie przez nią swoich poszukiwań. Padają zwroty: „Zatrzymam ten kadr”; „Wyobrażam sobie”; „Zastanawiam się”; „Zostawię sobie myśl”; „Ustawiam je do nieistniejącego zdjęcia”. Pisze, dlaczego warto, by jednak istniał protokół z ekshumacji: „Co by to właściwie dało, gdybym go znalazła? Dowiedziałabym się, w co była ubrana – dziewczyny szły do powstania w sukienkach, w lekkich butach, układały włosy. Ale przecież wcale nie musiałaby być ubrana. Po tej operacji jej jedynym okryciem mogły być bandaż i prześcieradło”. Pisze do archiwum w Genewie, jedzie do Florencji; od doktora Jakuba Sieczki dowiaduje się, jak bolą rany postrzałowe w piersi…


Działając tak, wydaje się, Olga Gitkiewicz przybliża warsztat reportera nie tylko Czytelniczce i Czytelnikowi; wciąż uczy się go sama. I pozwolę sobie nie zgodzić się z jej słowami: „Ostatecznie w całej tej książce nie robię nic innego, poza grzebaniem w szczątkach”. Bo przynajmniej ja mam poczucie obcowania z postaciami żywymi.


„To naprawdę wygodna pozycja: patrzę na nie, wybieram fragmenty ich życiorysów, zestawiam, oceniam, zaglądam do prywatnej korespondencji, one nie mogą nic zrobić. Dopowiedzieć. Zaprzeczyć. Autoryzować. Ale również wyjaśnić, rozwiać wątpliwości, wytknąć mi błędów, poradzić: i o tamtym jeszcze napisz, albo wręcz przeciwnie: nie pisz, zostaw”.

Rafał Kowalski

Olga Gitkiewicz, Krahelska. Krahelskie, Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2021, s. 360