Aleksander Nowak, Szczepan Twardoch: Drach. Dramma per musica
Joanna Freszel, Jan Jakub Monowid, Sebastian Szumski, Marcin Świątkiewicz, AUKSO, Marek Moś – direction

Anaklasis PWM, 2020, TT 66’ 10”

plyta miesiaca new  rm red star  rm red star  rm red star  rm red star  rm red star  

Są dwa rodzaje wdzięczności, jaką odczuwam wobec Dracha Nowaka/Twardocha. Pierwszy rodzaj – nagranie pozwoliło mi wielokrotnie wysłuchać rzecz zajmującą, dobrze zagraną przez orkiestrę AUKSO i klawesynistę Marcina Świątkiewicza i zaśpiewaną przez solistów; starannie przygotowaną przez Marka Mosia, który czuwał nad całością od dyrygenckiego pulpitu i profesjonalnie wydana przez Anaklasis, wytwórnię płytową PWM. Drugi rodzaj – gdy długo po wybrzmieniu ostatniej nuty, dzieło zmuszało mnie do snucia rozważań na tematy przez nie poruszone i te od opery samej większe, ważniejsze, nadrzędne wobec mnie i wobec niej samej. Przyznam, że ten drugi rodzaj wdzięczności nieczęsto udaje mi się odczuwać i że wydaje mi się bardziej istotny.

Mam za sobą kilka przesłuchań opery Drach. Dramma per musica Aleksandra Nowaka do libretta Szczepana Twardocha. Z początku nie zajęła mnie tyle sama opera, co rozważania o niej. Przyznam, że wiele dni zastanawiałem się czy – i na ile? – można ją zrozumieć bez lektury powieści Twardocha? Do dziś chyba nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Różnice miedzy książką a librettem są spore.

Powieść

W książce wszystko – także narrator i osobliwy sposób opowiadania – jest totalne. Opowieść rozwijana jest z perspektywy tytułowego dracha – matki ziemi, smoka, albo przedwiecznego węża – wszechwiedzącej instancji, która widzi wszystko wyraźnie i równocześnie „miriadami swoich oczu”; która jest wszystkim: blaskiem, ciemnością, smakiem, zapachem, drzewem, kamieniem, ziemią kaleczoną wojnami, glebą rozkładająca zmarłych, wiosną rodzącą nowe życie, sarną, świnią, człowiekiem. Drach we wszystkim współuczestniczy, jest wszystkim i każdym, i nie ma nad drachem nic wyższego.

Totalna jest również chronologia wydarzeń. W powieści nie istnieje linearna, układająca się w ciągi przyczynowo-skutkowe historia. Wszystko rozgrywa się w jednym czasie, co jedną myślą potrafi ogarnąć tylko drach. Poszczególne rozdziały rozpoczynają się od serii dat. Twardoch fabularnie rozwija je w tekście. W obrębie jednego zdania potrafi przemierzyć wielki dystans. „W tym samym czasie, ale dziewięćdziesiąt pięć lat później”, „w tym samym czasie, ale dwadzieścia cztery lata wcześniej” – tak najczęściej rozpoczyna nowe wątki. Wszystko w powieści dzieje się równocześnie.

Bohaterami powieści są Josef Magnor i jego prawnuk Nikodem Gemander. Magnor posłużył pisarzowi do przywołania tematu I wojny światowej i związanych z nią traum. Chociaż Drach nie jest jakakolwiek panoramą historii Śląska, to jednak Twardoch zbeletryzował historię tej ziemi, która przed 1989 rokiem ukrywała brak szerszego poparcia dla idei przyłączenia Śląska do macierzy (w latach powstań śląskich) czy wstydliwy przez długie dziesięciolecia problem Ślązaków walczących w mundurach Wehrmachtu.

Z kolei Nikodem Gemander to znudzony, trzydziestoparoletni architekt. Postać ilustruje nasze czasy, w których królują  współcześni mieszczanie. Dla nich wybór marki telefonu urasta do rangi fundamentalnego problemu.

Magnora i Gemandera dzieli niemal wszystko. Pierwszy „żyje” drugi „udaje, że żyje”. Pierwszy działa instynktownie, drugi wszystko kalkuluje. Pierwszy jest „głupi w swojej mądrości”, drugi – „mądry w swojej ignorancji”. Dla Magnora historia jest czymś tak naturalnym, jak ziemia włażąca mu w zęby we francuskich okopach w czasie I wojny światowej. Dla Gemandera historia sprowadza się do wspomnień o walkmanie i klockach Lego. Codzienność Gemandera to „lodówka marki Liebherr z kostkarką do lodu oraz chłodziarką do wina” i dylematy: pojechać do domu czy na zakupy?; wybrać się na randkę z kochanką czy wrócić do chorej żony?

Co zatem ich łączy? W sensie kulturowym nic, nawet więzy krwi. Łączy ich fatum, przeznaczenie. I dopiero na tym poziomie zaczynają się styczne między książką a operą.

Magnora i Gemandera wiążą „ciemne linie poniżej rzeczywistości widzialnej”, tajemnicze siły pchające do czynów szalonych i nieuchronnych. Magnor morduje swoją kochankę dlatego, że usłyszał plotki o jej zdradach. Robi to, ponieważ uważa, że tak powinien. Wiele lat później Gemander będzie próbował zabić się strzałem z pistoletu, bo też coś każe mu tak postąpić. Bo to, co zrobić należy, ważniejsze jest od rozsądku. To nie przypadek, że obydwaj trafią do szpitala psychiatrycznego.

Libretto

Tym co najbardziej łączy powieść i operę jest metafizyka. Ale metafizyka „rzeczywistości niewidzialnej” łączy nie tylko Magnora i Gemandera. Łączy również sarnę z zagryzającymi ją psami albo świnię zabijaną przez masarza w czasie świniobicia. Bo wszystko jest jedno. „Drzewo, człowiek, sarna, kamień. To samo”. Te słowa rozpoczynają drugi rozdział powieści Twardocha i operę Nowaka. Wypowiada je wiejski głupek i filozof Pindur. Jego instynkt sięga stuleci.

Libretto Twardocha jest esencją książki. Fabuła jest szczątkowa. Nie ma Magonora, ani Gemandera, nie ma ich żon, kochanek dzieci, nie ma żadnej inne postaci z książki. Jest tylko On (w tej roli Sebastian Szumski, baryton), który ucieleśnia mężczyznę, i Ona (Joanna Freszel, sopran), która personifikuje wszystkie jego kobiety: matkę, żonę i kochankę. On i Ona razem symbolizują odwieczny głos wszechrzeczy – zająca, sarny, kota, świni, kamienia i drzewa – a więc wszystkich, którzy stąpają po ziemi (Drachu), których pośmiertne soki i wsiąkają w nią – w Dracha. W operze Nowaka/Twardocha Drach (pisany wielka literą) jest jednocześnie Pindurem, wiejskim idiotą, bo tylko Pindur instynktownie czuje Dracha.

Aleksander Nowak muzycznie zamknął opowieść w trzech rozdziałach. Narracja sprowadza się do przebłysków pamięci Onego z dzieciństwa, I wojny światowej, jego małżeństwa, epizodu zdrady i zabójstwa kochanki. Wspomnienia Onego wymieszane zostały z narracją, w której główna rolę odgrywają emocje ludzkie i zwierzęce: strach ściganej i zagryzanej sarny, przerażenie zabijanej świni, głód psów, tęsknota matki, pożądanie kobiety przez mężczyznę, ból zaniedbywanej przez męża żony. Obie opowieści wyśpiewywane są barytonem Onego i sopranem Onej. Drach (Jan Jakub Monowid) komentuje to wszystko z dystansu androgenicznym głosem kontratenora, domykając każdy z trzech rozdziałów modlitwą do samego siebie.

Dramma per musica

Drach. Dramma per musica, niewiele ponadgodzinny utwór, skomponowany został na troje solistów, klawesyn i orkiestrę. Określenie dramma per musica odsyła nas do historii opery, tak bowiem określano dramat muzyczny przełomu XVI i XVII wieku, a zatem u zarania tej formy muzycznej. Jej cechą jest deklamacyjność, zbliżająca śpiew do ludzkiej mowy. Instrumenty (niczym w baroku) pełnią w Drachu funkcję retoryczną, podkreślając wymowę poszczególnych scen.

Opera toczy się po obwodzie koła – od barokowych początków, po współczesność i z powrotem. Już grający we wstępie klawesyn zatacza mikro-koła, krążąc wokół dźwięku centralnego i centrów tonalnych. Chromatycznie oddala się od nich, aby po chwili do nich powrócić.

Kompozycja pełna jest muzycznych napięć i wytchnień. Tu też mamy do czynienia z kołową narracją. Spokój początku pierwszego rozdziału stopniowo kruszy się, by osiągnąć kulminację w zniekształconych harmonicznie akompaniamencie i zgrzytliwym orkiestrowym tutti. Nawet ludzkie głosy niepostrzeżenie przeistaczają się w kwik świni i szczekanie sarny, bo „drzewo, człowiek, sarna, kamień – wszystko to samo”. Całość kończy niezwykłej urody „kołysanka”, w której wszyscy stają się jednym – Drachem – śpiewając „światłość w ciemności nie świeci i ciemność je ogarnia”.

Kilka myśli na koniec

Są dwa rodzaje wdzięczności, jaką odczuwam wobec Dracha Nowaka/Twardocha. Pierwszy rodzaj – nagranie pozwoliło mi wielokrotnie wysłuchać rzecz zajmującą, dobrze zagraną przez orkiestrę AUKSO i klawesynistę Marcina Świątkiewicza i zaśpiewaną przez solistów; starannie przygotowaną przez Marka Mosia, który czuwał nad całością od dyrygenckiego pulpitu i profesjonalnie wydana przez Anaklasis, wytwórnię płytową PWM. Drugi rodzaj – gdy długo po wybrzmieniu ostatniej nuty, dzieło zmuszało mnie do snucia rozważań na tematy przez nie poruszone i te od opery samej większe, ważniejsze, nadrzędne wobec mnie i wobec niej samej. Przyznam, że ten drugi rodzaj wdzięczności nieczęsto udaje mi się odczuwać i że wydaje mi się bardziej istotny.

Choć nadal nie jestem przekonany, czy tę operę można w pełni pojąć bez lektury powieści, to realizacja pozwoliła mi na uściślenie niektórych myśli dotyczących bezpośrednio muzyki nowej i tego nagrania.

Nie jestem aż tak naiwny, żeby sądzić, że Drach trafi „pod strzechy”, dostrzegam jednak ogromny potencjał dzieła w zjednaniu sobie słuchaczy, i to nie tylko tych wyrobionych.

Słuchając Dracha zastanawiałem się, jakimi drogami docierają do odbiorców współcześni kompozytorzy. Jeżeli spojrzymy na Pärta lub Gubaidulinę, to widzimy, że są oni zanurzeni w tradycji. Ich głosem jest religia. Z kolei Thomas Adès łączy klarowność i siłę przekazu z intelektualną i historyczną świadomością. Siłą Dracha są emocje skreślone mocną, pewną ręką kompozytora i takoż wykonane. Kompozycja elektryzuje szczerością, wypływającą nie tylko z metafizycznego i naturalistycznego libretta, ale i z wyrazistej, głęboko poruszającej muzyki.

Dracha można nie rozumieć, ale nie można być wobec niego obojętnym. Tu nie ma szklanych szyb, dzielących wszystkich od siebie – słuchaczy, muzyków, autorów. To muzyka nowoczesna i zarazem głęboko zakorzeniona w tradycji. Współczesne środki muzycznego wyrazu nie odrywają u Nowaka znaków od treści.

Kompozytor oczywiście nie odkrywa Ameryki i nie przebiera się w krótkie spodenki „nowoczesności”. Jego droga artystyczna i jego „nowoczesność” polegają na rozumieniu tego, co już dokonano. Na dopisywaniu do dawnych treści, które kryją się pod umownymi znakami muzyki, treści nowych, wynikających z nowych doświadczeń człowieka. Bez rozumienia tego, muzyka nowa staje się w moim pojęciu absurdem.

I jeszcze jedno. Powstanie dzieła uważam za istotny moment dla polskiej kultury. Mimo że fabuła opery odarta została z historycznego kontekstu, to i tak odczuwamy emocje bohaterów przez ich doświadczanie życia i Wielkiej Historii. Nowy język Nowaka/Twardocha i polskość nie pozostają tu w stosunkach przypadkowych. Przekaz dzieła – oryginalny i uniwersalny – nie jest ciałem obcym dla rodzimej kultury, co mnie osobiście bardzo cieszy. Myślę, że warto to zauważyć, choć ostatecznie „to nie jest ważne. Bo przecież nic nie jest ważne”.