„Słuchałem cię od zawsze. Złamałeś mi serce!” – mnóstwo tego typu komentarzy od wściekłych i rozgoryczonych Amerykanów pojawiło się po ogłoszeniu, że amerykański pół-bóg, Bruce Springsteen, dotąd utożsamiany z konserwatywną Ameryką, wystąpi na ceremonii zaprzysiężenia Joe Bidena.

Bruce Springsteen – nazywany w USA „Szefem” (The Boss) – to niekoronowany król amerykańskiej pop-kultury. Utożsamiała się z nim głownie tamtejsza klasa pracująca. Umęczona, niższa klasa średnia i robotnicza, miasteczka i wsie zawsze należały do Bruce’a. Do teraz. Namówienie Bruce’a do występu dla Bidena wielu Amerykanów odebrało jako zdradę.

Komentatorzy życia społecznego w Stanach twierdzą jednak, że namówienie Springsteena do występu to genialne posunięcie administracji Joe Bidena, która zdaje się mówić: „Hej, ludzie, zobaczcie! Bruce jest z nami. Wy też chodźcie. Bruce nam ufa! Wy też nam zaufajcie!”.