Prawie cztery lata temu ukazała się książka, która narobiła sporo szumu w świecie ekonomistów, ale nie tylko. To Kapitalizm. Historia krótkiego trwania Kacpra Pobłockiego. Sprzedawała się jak świeże bułeczki i kolejne nakłady znikały z księgarni. W końcu pojawiła się niewidzialna ręka kapitalizmu i książka trafiła na rynek wtórny, osiągając zawrotne ceny. Mimo to ktoś je kupuje, bo te egzemplarze ze zdjęcia zostały sprzedane. Na szczęście przewidywany jest dodruk. Na rynku ma pojawić się w marcu tego roku.

Tymczasem cztery lata temu na łamach Gazety Wyborczej Płock pojawił się mój tekst o Kapitalizmie Pobłockiego. Przypominam tym, którzy nie czytali. Miłej lektury, a książkę gorąco polecam! Warta każdej ceny!

Fot. Wydawnictwo heterodox

Czy ignoranta w sferze ekonomii – takiego jak ja – może zainteresować książka z tej dziedziny? Tak, jeśli jest to Kapitalizm. Historia krótkiego trwania doktora Kacpra Pobłockiego, antropologa i pracownika naukowego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Książkę – a właściwie księgę – połknąłem jak powieść sensacyjną. Jedyną jej wadą jest ciężar. Fizyczny. Cóż, świetny papier swoje waży.

Myślę, że podobnych do mnie ignorantów ekonomicznych jest w Polsce znacznie więcej. Staliśmy się narodem ekonomicznych analfabetów, a eksperci tylko nam w tym pomogli, udając, że porozumiewają się po chińsku. W zaciemnianiu języka ekonomicznego mają swój cel. Im mniej rozumiesz, tym łatwiej dajesz się nabić w butelkę.

Dr Kacper Pobłocki fot. Filip Pobłocki

Pamiętam scenę z filmu Big Short, opowiadającego o krachu finansowym z 2008 r., w której jeden z bohaterów tłumaczy przyczyny załamania się rynku finansowego w USA: „MBS, kredyty sub-prime, transze. Skomplikowane, co? Zaczynasz czuć się znużony albo głupi? Cóż, właśnie o to chodzi. Wall Street lubi używać skomplikowanych terminów, żebyście myśleli, że tylko oni mogą się tym zajmować. Albo nawet lepiej – żebyście się od nich odp***dolili”.

Najprostszym przykładem jest stopa procentowa. Kto bez głębszego zastanowienia się odpowie, co to jest? A to po prostu cena pieniądza. Wszyscy wiemy, że pieniądze są nam niezbędne, ale mało kto zanurza się głębiej.

Stopa procentowa to jeszcze pół biedy. Analfabetyzm uniemożliwia śledzenie licznych przekłamań języka ekonomii. Na przykład przeciętna pensja, jaką wpisuje do swoich raportów GUS, jest zawyżana, bo wylicza się ją na podstawie średniej arytmetycznej. Tak wyliczana średnia byłaby prawidłowa, gdyby wszyscy zarabiali podobnie. A przecież prezesi banków i kasjerki w supermarketach nie zarabiają tyle samo. W tej sytuacji powinno się stosować inne statystyki, takie jak mediana czy dominanta. Pierwsza to po prostu wartość znajdująca się dokładnie w środku analizowanego szeregu liczb. Druga to wartość najczęściej występująca w puli wynagrodzeń. Przeciętna pensja wyliczona na podstawie tych narzędzi jest znacznie niższa od tej otrzymanej za pomocą średniej arytmetycznej. Statystycy w GUS wiedzą to, ale i tak robią swoje.

Książka Kacpra Pobłockiego nie jest – broń Boże – podręcznikiem do ekonomii. Pobłocki odkłamuje język finansjery i odczarowuje mity narosłe wokół pieniądza. Twierdzi wręcz, że z rzetelnej analizy danych wyłania się zupełnie inny obraz relacji ekonomicznych niż ten, jakim karmieni jesteśmy przez telewizyjnych ekspertów. W medialnym przekazie dominuje ideologia.

Na przykład mitem jest podtrzymywanie w społeczeństwach zachodnich przekonania, że oto wszystkim nam rośnie, że wzrost gospodarczy równa się poziomowi dobrobytu obywateli. Okazuje się, że liderami wzrostu gospodarczego na świecie są Angola – kraj permanentnej wojny domowej, Liban, Rwanda oraz Bośnia i Hercegowina z czasów zaraz po wojnie. Przez większość ostatniego dwudziestolecia Białoruś osiągała znacznie wyższy wzrost gospodarczy niż Polska. W czołówce znajdują się więc często kraje niedemokratyczne, w których rządzi przemoc, a praca najemna zastępowana jest różnymi formami pracy przymusowej. Wzrost gospodarczy nie ma w tych przypadkach nic wspólnego z dobrobytem obywateli.

Bardzo ciekawym fragmentem książki są rozdziały opisujące, że trendy we współczesnej ekonomii przestały wyznaczać kraje zachodnie. Nowy Jork – pisze Pobłocki – zwija się, staje się miastem prowincjonalnym. A to, co nowe, rodzi się na południu. Pobłocki opisuje miasta – Dubaj, Lagos, Luanda (stolica Angoli) – które są miastami przyszłości, a za którymi już dziś podąża Zachód. Co je wyróżnia? Są konglomeratem supernowoczesności i archaiczności. Przykładem jest Dubaj. To ultranowoczesne miasto zamieszkuje 90 proc. niewolnych obywateli, którzy mieszkają tam tylko po to, aby budować te wszystkie szklane wieżowce i sztuczne wyspy. Pozostałe 10 proc. to właściwi obywatele Dubaju, rdzenni Emiratczycy, którzy nie pracują. Nie muszą, utrzymują ich pozostali.

Pobłocki wspaniale opisuje też historię pieniądza, która jest dużo starsza, niż nam się wydaje. Co więcej, twierdzi, że karta kredytowa wyprzedziła pieniądze. Jako przykład podaje prymitywny system płatniczy z wyspy Yap na Ocenie Spokojnym. Tam walutą były kamienne żetony z dziurą w środku. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, iż miały one ponad metr wysokości i nie mieściły się w kieszeni. Stały zawsze w wyznaczonym miejscu, zmieniając jedynie swoich właścicieli. Pewnego razu, podczas transportu, jeden wpadł do morza. Społeczność jednak nie dostrzegła w tej katastrofie niczego niepokojącego. Niewidzialność pieniędzy nie wyklucza przecież użyteczności. Tak jak w przypadku karty kredytowej – dług jest wirtualną formą pieniądza, a zatem jego początki są starsze niż same materialne pieniądze.

W innym miejscu Pobłocki twierdzi, że podstawową zasadą kapitalizmu jest przemoc. „Możemy uznać niewolnictwo – pisze w swojej książce – za definiującą istotę kapitalizmu jako ustroju. A zatem nie niewolnictwo czy pańszczyzna są prymitywnymi wersjami pracy najemnej, ale praca najemna i pańszczyzna są modyfikacjami niewolnictwa”. Mocne, prawda? Ale trudno się nie zgodzić. My, pracownicy najemni, coś o tym wiemy. Ekonomiczny przymus pracy przecież istnieje. Gdyby ludzie nie musieli pracować, nie pracowaliby. Natura przymusu co prawda zmieniła się, ale sam przymus już nie.

Kapitalizm. Historia krótkiego trwania Pobłockiego to książka niezwykła. Inspiruje do myślenia. W swojej oryginalności opiera się na źródłach, które rzadko są ze sobą łączone. Pobłocki przewraca nasze utarte przekonania na temat, czym jest praca, skąd się wziął pieniądz, jak funkcjonują banki, co to znaczy, że żyjemy w systemie konsumenckim. Jednak największym przewrotem, którego w książce dokonuje autor, jest odpowiedź na pytanie: skąd się właściwie wziął kapitalizm? Utarte przekonanie mówi, że jego początków należy szukać w XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej i industrializacji na tzw. Zachodzie. Z książki wynika coś zupełnie innego. Autor zastanawia się, dlaczego te kraje i społeczeństwa, które w antyku (a i wcześniej) stworzyły kapitalizm na ogromnym obszarze – od Atlantyku po Azję centralną, w pewnym momencie z niego zrezygnowały. Pobłocki wykłada też odważną tezę, że początków kapitalizmu w Polsce nie należy szukać w XVI w., kiedy to byliśmy „spichlerzem Europy”. Rodzimy kapitalizm zaczął się w sprycie Mieszka I, który za pieniądze ze sprzedaży niewolników mógł założyć nasze państwo.

„Kapitalizm” Pobłockiego porusza wiele wątków. To książka międzydziedzinowa, oryginalna i zaskakująca. Wielu tez Pobłockiego dzisiaj nie jesteśmy w stanie sprawdzić, ale przecież naukę pchają do przodu rogate dusze, niepokorni uczeni, tacy jak Kacper Pobłocki. Ta książka gwarantuje, że po jej przeczytaniu inaczej spojrzymy na otaczający nas świat finansowy – na naszą pracę i nasze pieniądze.

Zdjęcie wyróżniające: z profilu FB Kacpra Pobłockiego