Zygmunt Bauman
Obcy u naszych drzwi

PWN, Warszawa 2016

rm red star rm red star rm red star rm red star rm red star polecam red

Z okazji rocznicy urodzin Zygmunta Baumana przypominam mój tekst o książce Pana Profesora, Obcy u naszych drzwi. Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach Gazety Wyborczej Płock, 17 listopada 2017 r.

PWN właśnie (w 2016 r. – przypis autora) opublikowało najnowszą książkę Zygmunta Baumana Obcy u naszych drzwi. Profesor skończył pracę nad nią przed rokiem. Siłą rzeczy nie dotknął więc problemu Brexitu czy przyczyn wygranej Donalda Trumpa (nie mówiąc też o naszym polskim piekiełku, którego kulminację przeżyliśmy wiosną w Białymstoku).

Niemniej zawarta w książce analiza paniki imigracyjnej jest warta szczególnej uwagi.

Politycy i media skutecznie wykorzystują niepokoje społeczne do własnych celów. Wieszczą upadek i zagładę sposobu życia, jaki znamy, praktykujemy i cenimy. Kryzys migracyjny stał się już rodzajem politycznie poprawnego hasła. Siła oddziaływania przekazów medialnych doprowadziła nad krawędź paniki, która jest – ni mniej, ni więcej – rozprzestrzeniającą się w dużej grupie ludzi obawą, że dobro społeczeństwa jest zagrożone.

Migracja nie jest zjawiskiem nowym. Towarzyszy nowoczesności od jej zarania. Jej kierunki też się zmieniają. Nie zawsze był to Zachód. Nowoczesność tworzy „ludzi zbędnych”, bez szans na zatrudnienie we własnym kraju, opuszczających „jałowe ziemie” i poszukujących „zielonych traw” (przykład: emigracja zarobkowa Polaków). Nowoczesność tworzy też „odrzuconych”, nieakceptowanych z powodu konfliktów społecznych i politycznych, jak choćby destabilizacja Bliskiego Wschodu.

Emigranci ekonomiczni cieszą lokalnych biznesmenów, ponieważ tworzą tanią siłę roboczą. Chwilę później społeczeństwa przygarniające zaczynają doświadczać kruchości swej egzystencji i niepewności co do swojej nowej pozycji społecznej i przyszłości.

W tym momencie na scenę wkraczają media i politycy, umiejętnie akcelerując nastroje i wykorzystując materiał wybuchowy do własnych celów.

Uchodźcy budzą też strach z powodu swej „obcości”. Nie znamy ich. Są dla nas nieprzewidywalni, w odróżnieniu od ludzi, których spotykamy na co dzień. Obcy może unicestwić to, co cenimy, zburzyć to, co zbudowaliśmy. O „swoich wrogach” wiemy wszystko, o obcych nic. Nie wiemy nawet, jak zinterpretować ich zachowanie.

Paradoksalnie pojawienie się obcych okazuje się dla wielu ludzi zbawienne. Szczególnie dla tych, którzy w swoich ojczyznach byli marginalizowani, spychani na najdalszy plan. Ci subiektywnie odczuwający prześladowanie, obrażani, ośmieszani, uciskani przez swoich i pozbawieni nadziei, w lot odkrywają pojawienie się gorszych od siebie – złych obcych. To pozwala im odzyskać ludzką godność i resztki szacunku do samego siebie, bo emigranci zostali zepchnięci jeszcze niżej niż oni sami, pozostali wypchnięci spod prawa. To daje okazję do rewanżu. Przecież tym, co ratowało od wzajemnej nienawiści białych obywateli USA, usytuowanych najniżej w hierarchii klas społecznych, tzw. white trash („białe śmieci”), była obecność czarnoskórych podludzi.

Stąd już całkiem blisko do nastrojów ksenofobicznych, rasistowskich i szowinistycznych. Z tego kotła uprzedzeń i rewanżyzmu pełnymi garściami czerpią populistyczne partie polityczne. Co więcej, rosnące poparcie tych partii zachęca również umiarkowanych polityków do sięgnięcia po język demagogii.

Bauman dokonuje nie tylko analizy przyczyn kryzysu migracyjnego. Zastanawia się też nad etycznym wymiarem zjawiska. Jego zdaniem, poza nielicznymi „karnawałami moralności” – takimi jak eksplozje zbiorowego współczucia (wywołane np. publikacją słynnego zdjęcia zakrwawionego, siedzącego w karetce chłopca) – wolimy żyć w świecie ostrego podziału na „nas” i na „nich”.

W dobie tak wielkiego kryzysu powinności moralne okazują się zbyt trudne do wypełnienia. Nie potrafimy być świętymi i dlatego zawieszamy naszą moralność na kołku. To nas zawstydza. Szukamy więc usprawiedliwienia i z łatwością akceptujemy słowa polityków odczłowieczające przybyszów: emigranci jako źródło zarazków i chorób (Jarosław Kaczyński), emigranci ekonomiczni – „faceci z iPhone’ami, wykorzystywanie dzieci w dotarciu do Europy” (prezydent Czech Miloš Zeman).

Zygmunt Bauman przypomina również, że żyjemy jednocześnie w dwóch rzeczywistościach – „offline” i „online”.

Pierwsza diametralnie różni się od drugiej. Realna rzeczywistość, jak obrazowo określa ją Bauman, jest gestem Poncjusza Piłata, umyciem rąk od odpowiedzialności. Świat wirtualny natomiast jest wylęgarnią lęków, uprzedzeń i nienawiści, uśpieniem w sobie moralności, spuszczeniem ze smyczy najgorszych emocji. Zdaniem Baumana wzorem współczesnego przywódcy ostrzegającego przed zagrożeniami jest papież Franciszek, który nie boi się mówić: „Wielu z nas, w tym ja sam, straciło orientację. Nie zwracamy już uwagi na świat, w którym żyjemy. Jesteśmy obojętni. Nie chronimy tego, co Bóg stworzył dla nas wszystkich, nie jesteśmy nawet w stanie zadbać o siebie nawzajem! […] Kultura wygody sprawia, że myślimy wyłącznie o sobie i stajemy się nieczuli na krzyk bliźnich. Żyjemy w mydlanej bańce, która choć piękna, jest nietrwała. Daje nam ulotną i pustą iluzję, której konsekwencją jest obojętność na innych. Prowadzi do globalizacji obojętności. W zglobalizowanym świecie popadliśmy w zglobalizowaną obojętność. Przywykliśmy do cierpienia bliźnich. Mnie to nie dotyka, mnie to nie dotyczy, to nie moja sprawa!”.

Czy istnieje jakaś szansa dla ludzkości pogrążonej w kryzysie? Bauman w to wierzy.

Mówi, że odpowiedzią jest zasada wzajemnej gościnności Kanta. Przecież ludzie nie będą mogli się rozprzestrzeniać bez końca, „będą musieli ścierpieć się obok siebie”. A zatem czy zwykła ludzka gościnność stanie się panaceum na konflikty i wojny?

We współczesnych uszach brzmi to tyleż naiwnie, co mało prawdopodobnie. A może wręcz przeciwnie – to jedyny sposób, aby przetrwać.