Oprócz choroby i śmierci najbardziej w życiu przeraża mnie przeprowadzka. Myślałem nawet, żeby rzucić wszystko i wynieść się w Bieszczady. Upatrzyłem tam sobie mały, stary domek w lesie – w ciszy, z dala od smrodu naftowego żywiciela miasta. Ale wszystkiego mi się odechciewa na myśl o przeprowadzce.

Nie chodzi o odległość, nie chodzi o korowód samochodów dostawczych przewożących mój ziemski dobytek. Chodzi o to, że się boję.

Wiem, że wystarczy wynająć fachowców do przenoszenia. No więc, w czym problem? W płytach z muzyką, oczywiście. W tysiącach płyt do przeniesienia. Ludzie nie wyrabiają tego dźwigać i poczynają się dzielić z otoczeniem coraz to bardziej niecenzuralnymi refleksjami. Zacznie się nawet niewinnie. „Ja to mam całą muzykę w komórce” – ktoś rzuci, podnosząc pierwszy karton. „Wysłuchał pan już to wszystko?” – doda inny, taszcząc drugi karton. Przy trzecim usłyszę: „Do cholery, w radiu pan pracujesz?!”. Albo: „No i po co to panu? Tylko kurz się zbiera”.

To tylko niewinny początek. A co będzie dalej, gdy kartony pójdą w dziesiątki, może setki? Oczywiście, że wiem, co będzie. Coraz krótsze uwagi, których już nie przytoczę, bo to równia pochyła do rynsztoka.

W refleksjach panów od przeprowadzki prawdy trochę jest, bo i kurz się zbiera, i nie wszystko przesłuchałem. Z komórką też racja – całą muzykę świata można nosić przy sobie. Tyle że ja tego nie lubię. Czas jest sposobem, w jaki poznajemy muzykę, nawet jeśli nam tego czasu na poznanie całej muzyki zabraknie.

Ale precz z zadumą, bo właśnie słyszę nerwowe pytanie, czy coś jeszcze pozostało do przeniesienia, ponieważ wszystkie pudła z płytami są już w ciężarówce. Przełykam niespokojnie ślinę, patrzę rozbieganym wzrokiem i mówię: „Są jeszcze książki. Kilka tysięcy książek”.

Robert Majewski

Zdjęcie: pexels.com