Samolot podchodził do lądowania. Wiktor ze zdenerwowania nie mógł opanować dreszczy. Niepokój o syna mieszał się z dawno wypartym poczuciem winy związanym z tym, co stało się w Ugandzie wieki temu. Z tym, co zrobił. A jednocześnie, choć nie chciał się do tego przyznać, czuł ekscytację, że oto po dwudziestu czterech latach wraca do miejsca, gdzie zostawił kawałek siebie. Kotłowało mu się w głowie.

Dziennikarzowi i reporterowi Marcin Meller też pewnie kotłowało się głowie, gdy tworzył debiutancką powieść (wydaną przez Wydawnictwo W.A.B.). Skoro w książkowych „Podziękowaniach” pisze o swoich psychodramach, blokadach i zwątpieniach… Ale napisał i brawa za odwagę. Sam się obawiam napisania powieści, choć jestem o to pytany podczas spotkań autorskich. Póki co zostaję przy reportażu.

Autorowi musiało być łatwiej o tyle, że jego główny bohater nie jest dżentelmenem w epoce wiktoriańskiej, lecz współczesnym człowiekiem mediów. Niektóre i niektórzy mogą się zastanawiać, ile w tej książce prawdziwego Marcina Mellera… Jest choćby w scenie, kiedy Wiktor mówi poznanej Florence, że dzwonił do niego Ryszard Kapuściński. Nie jest tajemnicą, że Cesarz Reportażu zadzwonił kiedyś do Mellera. On i jego książkowy bohater zareagowali tak samo – nie będę zdradzał, jak, by nie psuć zabawy.

A ile jest Autora na przykład w wątku romansowym? Nie mam pojęcia i nie obchodzi mnie to. Podczas lektury skupiłem się na przykład na splocie piękna i okrucieństwa na pograniczu Ugandy, Rwandy i Demokratycznej Republiki Konga (wcześniej zwanej Zairem). Wiktor z podziwem spogląda na rozszalały i majestatyczny Nil Wiktorii; jednocześnie słyszy, że żołnierze Idiego Amina zabili tu tysiące ludzi, większość wrzucali do tej wody. Nie może oderwać wzroku od głębokiego błękitu nieba, zieleni odcinającej się od czerwieni gleby i kobiet w kolorowych chustach zrywających liście herbaty – tym bardziej „myśl o tym, że dookoła toczy się okrutna wojna, trąciła absurdem”. Pomarańczowo-zielona Kampala rozłożona na wzgórzach i jedenastoletni chłopiec, który stracił „wszelkie poczucie wartości życia” i z technicznymi detalami opowiada o swoim okrucieństwie. Krwawa walka strażników i kłusowników w Parku Narodowym Wirunga… Wiktor o wojnie Serca Afryki mówi: „okrutna, ale też nędzna i prymitywna”. Zwłaszcza że najbardziej cierpią cywile. Jak zwykle.

To, że główny bohater Czerwonej ziemi mówi językiem potocznym i często przeklina jest rzeczą gustu. Na pewno nie zgrywa superbohatera. Przyznaje, że zawalił sprawę ze swoim synem i jego matką. Tę relację próbuje odbudować w sposób przekonujący.

Myśli o ludzkim nieszczęściu kryjącym się za literami w jego tekstach, za które bierze pieniądze. W niebezpiecznej sytuacji przyznaje, że wiele by dał, by „móc zaszyć się teraz w bezpiecznym miejscu i zgłuszyć strach alkoholem”. W innej przed mordercami i podpalaczami chce schować się pod łóżko – by być „bezpieczny jak kiedyś, kiedy przed mrokami świata chroniła go kołdra”. Myśli: „A gdyby tak zamknąć oczy? Wszystko zniknie, odejdzie cały ból. Uwolnić się od umęczonego ciała, nie dusić się, nie krztusić, nie czuć temperatury, jest tak cudownie wszystko jedno, zostaje tylko spokój”.

Wie jednak, że nie może siedzieć pod łóżkiem, bo w Afryce ma ważną misję do wypełnienia. A w Polsce czeka go kolejny istotny temat dziennikarski. Wątkowi medialnemu w tej powieści też towarzyszy kontrast. Z jednej strony jest odważne śledztwo dziennikarskie dotyczące splotu biznesu z polityką (jednym ze splecionych jest wicepremier, szef „skrajnie prawicowej frakcji w koalicji rządzącej, rycerz obrony Polski przed zalewem pedalstwa i atakami zdemoralizowanego Zachodu”); z drugiej mamy panią Katarzynę przekonaną o swej wybitności, piszącą marne felietony, ale jest znajomą szefów wydawnictwa. Jest jeszcze jednym przykładem na postępujący kryzys mediów: gdzie klikalność, błahe tematy, niechlujność językowa oraz układy z politykami i reklamodawcami wypierają dziennikarstwo pogłębiające jakieś zjawisko z szacunkiem dla słowa i niezależności.

Powieściowy debiutant Marcin Meller stworzył dzieło z postaciami fikcyjnymi (ważny polityk Zenon Kostecki) i prawdziwymi, jak Yoweri Museveni, Alice Auma i Salim Saleh. Nawiązuje do prawdziwych wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości, z dystansem do głównego bohatera. Nieźle mu to wyszło i już wie, że napisanie dobrej powieści to nie bułka z masłem.

(…) znaczy, kocham ją, bardzo ją kocham naprawdę, jest megababką, jak myślę, co przeszła, przez ciebie i w ogóle, to brak słów. No, ale jest też świruską, obaj to wiemy, a ja nie miałem żadnej równowagi w postaci ojca, bo ciebie, kurwa, nie było. (…) No więc nie musimy sobie padać w ramiona, ale możesz mnie zabrać na narty. Fajnie chyba pojechać ze starym na narty. Albo na mecz możemy pójść.

P.S. Marcin Meller będzie gościem Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki 15 września br. Spotkanie z nim w ramach cyklu „LiterAkcje” poprowadzi Renata Jaskulska.

Robert Majewski

Marcin Meller, Czerwona ziemia, Wydawnictwo W.A.B. 2022, s. 315