„Ale tak czwartego dnia będę już zupełnie trup nieboszczyk. Nie mam pojęcia, co się wtedy z ludźmi dzieje, czy możemy dalej sobie dumać, jak leżymy w trumnie, czy lecimy do raju albo diabeł nas zabiera. Ale chciałem na wszelki wypadek powiedzieć tyle: Nazywam się William Coswell Haley, lat czterdzieści dwa”.

Nowa książka autorstwa Andrzeja Stasiuka ma się pojawić tej wiosny, Wiesława Myśliwskiego – nie wiadomo. W międzyczasie obaj spotkali się potajemnie i popełnili Sny o pociągach pod pseudonimem Denis Johnson.

W świecie Snów o pociągach surowość sąsiaduje z melancholią, a przyroda chętnie egzystuje z ludźmi pod warunkiem wzajemnego szacunku („Drzewo traktowało człowieka przyjaźnie tylko wtedy, gdy zostawiał je w spokoju. Gdy piła już werżnie się w pień, zaczyna się wojna”). Człowiek uczy się życia bez mocy supebohaterów i cudownych zbiegów okoliczności. Przeżycia i marzenia są najprostsze z możliwych, zaś język prosto i krótko wyraża głębie tematu („Z takich psów po wilku to nigdy nie będą ludzie”; „– Żaden ze mnie lekarz – powiedział małej. – Po prostu jestem tu”).

Temu wszystkiemu towarzyszą tytułowe pociągi.

Czasem są informacją historyczną o Wielkiej Kolei Północnej i Pociągu Kolei Międzynarodowej Spokane. Niekiedy dźwiękiem budzącym i zanikającym w oddali. Bywa, że działają jak dłoń odkurzająca tajemnicę („Teraz noce przesypiał gładko, często śniąc o pociągach, z reguły dokładnie o jednym: był w nim pasażerem, czuł swąd palonego węgla, za oknami przesuwał się świat. Potem stał na tym świecie, a odgłosy pociągu niknęły w oddali. Sceny te wydawały się mgliście znajome, co sugerowało, że pochodziły z jego dzieciństwa”).

Przejeżdżają przez całą książkę, realnie i w świecie marzeń. Przez książkę, która potrafi zachwycić użyciem języka pobudzającego wyobraźnię i wiarę w możliwości słowa („Jakby dostał bilet wstępu na swego rodzaju przedstawienie, występ rozrywkowy posklejany z wybryków i trudów bliźnich”; „Nie znalazł też ani śladu po ich Biblii. Jeśli Pan nie zdołał zachować nawet księgi Swojego Słowa, dla Gainiera był to dowód, że ów pożar okazał się silniejszy od Boga”).

Denis Johnson oczywiście nie jest (a właściwie – nie był) postacią fikcyjną, bo niepotrzebny byłby tu tłumacz Tomasz Gałązka. On swoją rolę odegrał tak, że podczas lektury „Snów…” cieszyć się można takimi zdaniami i zwrotami: „Syć oko człowiekiem zamordowanym”; „ustrojstwo z dwoma potężnymi żelaznymi bębnami”; „kwacząc klaksonem”; „Aż w końcu grube kości wskakiwały na miejsce z odgłosem ni to trzaśnięcia, ni to gulgotu”.

To kolejna w tym roku książka z Wydawnictwo Czarne, przy której ma się poczucie, że tłumacz nie płynie po powierzchni, zagłębia się w swoją pracę – tak jest również w przypadku reportażu Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie Bergera Amundsena, przetłumaczonego przez Karolina Drozdowska. Tak się składa, że ona i Tomasz Gałązka mieszkają w Gdyni. Może to kolejny dowód, że morze potrafi wpływać na kreatywność i oddech umysłu.

„Grainier myślał czasem, że ich dokonania dałoby się porównać do budowy piramid: odmieniali oblicza górskich stoków, niemal bez słowa, porozumiewając się okrzykami, zżyci z lepką obecnością żywicy w brodach; pot spłukiwał pył z ich kalesonów, za to oblepiał nim rowki skóry na szyi i w zgięciach stawów; woń żywicy była tak silna, że drapała w gardle, szczypała w oczy przemagała nawet odór zwierząt i ich gnoju”.

Rafał Kowalski

Denis Johnson, Sny o pociągach, Wydawnictwo Czarne 2021, s. 112