Tekściarzy zazwyczaj ustawia się na marginesie poezji. Jakiś czas temu wydane książki z piosenkami Wojciecha Młynarskiego, Jana Wołka i Boba Dylana (w kongenialnym tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego) udowadniają, że ich teksty to poezja najwyższej próby.

Od oddechu do oddechu

Wojciech Młynarski był Absolutem w świecie – za przeproszeniem – „tekściarzy”. Absolutnie! Słuchały go pokolenia Polaków. Patrzyliśmy na nasz kraj i nasze życie oczami jego piosenek (Jesteśmy na wczasach, Róbmy swoje, Przyjdzie walec i wyrówna, Jeszcze w zielone gramy). Twórczość Młynarskiego jest nie do podrobienia. Mistrz puenty, wspaniały obserwator rzeczywistości, znakomity poeta. Pisał dla największych. Robił to lekko, dowcipnie i jednocześnie bardzo lirycznie. Obcowanie z jego wierszami jest radością w najczystszej postaci. Wynika ona z kunsztu formy, językowych zabaw, a także z prostoty stylu, która u Młynarskiego staje się głębią i mądrością przekazu.

Na początku 2017 roku ukazał się tom zatytułowany Od oddechu do oddechu. Podobno zawiera wszystkie teksty Wojciecha Młynarskiego, chociaż – a przyznają to sami wydawcy – zapewne zbiór nie jest jeszcze pełny.

Zdjęcie: agora.pl

267 z większej całości

Kto z nas nie zna piosenek Brzydcy Grażyny Łobaszewskiej, Szparka sekretarka Maryli Rodowicz, czy Pierdolnięci dekadenci Mariana Opani. Teksty do nich napisał Jan Wołek. „Z zawodu jestem sztukmistrzem” – opowiada o sobie. I rzeczywiście, poza uprawianiem poezji maluje, pisze książki, sztuki teatralne i rysuje karykatury.

Jakiś czas temu wołek postanowił podsumować cztery dekady tworzenia piosenek dla Rodowicz, Wodeckiego, Geppert, Fronczewskiego, Banaszak, Machalicy, Opani, Łobaszewskiej, Czyżykiewicza. Zrobił to w formie książki, wymownie zatytułowanej 247 z większej całości. Zbiór tekstów stanowi przekrój przez całą jego twórczość. Książkę otwiera rozdział Trzeciorzęd. Miłośnicy wczesnej twórczości Jana Wołka z pewnością znają tę nazwę. To tytuł płyty zawierającej nagrania z lat siedemdziesiątych. Wołek był wówczas brodatym bardem z dwunastostrunową gitarą i przeszywającym głosem. Wtedy jeszcze pisał dla siebie i śpiewał autorskie koncerty, dwukrotnie zwyciężając Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie.

Każda piosenka Wołka to osobny mikrokosmos. Świata jego poezji nie da się jednoznacznie opisać. To sto procent życia, którego nie można zamknąć w jednej, obowiązującej interpretacji. Wołek jest niebywale muzykalny. Każdy tekst pulsuje własnym rytmem, wyraźną frazą i rymem. Wiele z nich ma satyryczne lub aktorskie zacięcie. I chociaż wszystkie te elementy odrzuca poezja współczesna, to u Wołka gatunkowe „umniejszanie” wznosi je na literackie wyżyny.

Poza walorami artystycznymi, 247 z większej całości jest sentymentalnym powrotem do przeszłości. Dla wielu czytelników może to być podróż w nieznane.

Zdjęcie: janwolek.com

Duszny kraj

I na koniec tak zwany „last but not least” w dzisiejszym zestawie. Duszny kraj Boba Dylana w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego można określić mianem jednego z najważniejszych, wydarzeń literackich ostatnich lat.

Wszyscy znają piosenki Boba Dylana, ale nie wszyscy je doceniają. Szczególnie u nas. Nawet po Noblu. To nie jest prosta poezja. Sami Amerykanie mają kłopot z niektórymi jego wierszami. Dylan jest chyba jedynym rockowym „tekściarzem”, nad którym głowią się profesorowie uniwersyteccy i literaturoznawcy. Przyznanie mu Nagrody Nobla wywołało u nas dyskusje. Wynikały one z nieznajomości albo niezrozumienia jego piosenek. Duszny kraj Dylana/Łobodzińskiego rzuca koło ratunkowe wszystkim, którzy chcą zrozumieć twórczość autora Blowin’ in the Wind.

Łobodziński „wgryza” się w Dylana od prawie czterdziestu lat. Należy go uznać za jednego z najwybitniejszych polskich dylanologów. Twierdzi, że Dylan jest nieprzetłumaczalny. Wynika to nie tylko z charakteru języka poezji noblisty, ale i z kontekstów kulturowych, z których czerpie. Dlatego też Łobodziński – jak sam wyjaśnia – nie tłumaczy piosenek w ścisłym tego słowa znaczeniu, a raczej je „polonizuje” albo „odamerykanizowuje”. „Nie lada wyzwanie, robota gigantyczna, szereg świetnych pomysłów przekładowych i błyskotliwych rozwiązań” – tak o pracy Łobodzińskiego napisał krytyk literacki, Jerzy Jarniewicz.

Stu trzydziestu dwóm piosenkom towarzyszą arcyciekawe komentarze tłumacza, ułatwiające ich zrozumienie. Równie ważne jest też to, że przekłady Łobodzińskiego dają się śpiewać, o ile zna się oryginały Dylana. Arcydzieło.

Zdjęcie: biuroliterackie.pl

Pierwotnie tekst został opublikowany na łamach Gazety Wyborczej Płock, 16 marca 2017 r.