rm red star  rm red star  rm red star  rm red star  rm red half star

Polska wiolinistyka jazzowa zdrowo się trzyma. Przed laty jej poziom wyznaczył Zbigniew Seifert. Późniejsze dokonania Michała Urbaniaka, a ostatnio sensacyjnego Adama Bałdycha, doskonale wpisują się w spuściznę Seiferta. Kilka tygodni temu na wiolinistycznym firmamencie pojawił się „nowy chłopak w mieście” – Dawid Lubowicz. Świeżość (a zarazem niezwykła dojrzałość) i szczerość wypowiedzi  – to pierwsze wrażenia, jakie odniosłem po przesłuchaniu jego debiutanckiej płyty „Inside”. Od tego momentu album towarzyszy mi niemal bez przerwy. Jest znakomitym kompanem w podróży i świetnie się go słucha w domowym zaciszu.

Z tym „debiutem” Lubowicza to spora przesada. Skrzypek, pomimo młodego wieku, ma już ugruntowaną pozycję na polskim rynku muzycznym. Z Atom String Quartet trzykrotnie zdobył „Fryderyka” (najwyższą nagrodę polskiego przemysłu muzycznego) i Grand Prix 9. Międzynarodowego Konkursu Jazzowego w Bukareszcie. W ostatnich latach – jako solista –  wywalczył IV nagrodę w konkursie kompozytorskim „Crossover Composition Award 2015” i trzecie miejsce na Międzynarodowym Konkursie Jazzowym im. Zbigniewa Seiferta. I lokalny smaczek – współtworzył kwartet Opium, który wielokrotnie gościliśmy w Płocku.

Lubowicz na swój debiut fonograficzny kazał nam czekać dość długo. Jest wyjątkowo zapracowanym muzykiem. Jako sideman systematycznie nagrywa dla innych wykonawców (ostatnio nawet dla płockiego chóru Vox Singers). Wspólnie z bratem skomponował dobrze przyjętą muzykę do musicalu „Piloci”. Dwa miesiące przed nagraniem ukończył studia w Instytucie Jazzu w Katowicach. Jeśli dodać do tego pracę w orkiestrach, teatrach muzycznych i częste koncerty, to aż dziw bierze, że w końcu znalazł czas dla siebie. Znalazł. Półtora dnia – tyle trwało nagranie płyty.

Na „Inside” Dawid Lubowicz znakomicie przedstawił się słuchaczom. Nagrał w pełni autorski materiał  (z wyjątkiem Pieśni Roksany” Karola Szymanowskiego). Nie popełnił błędu wielu debiutantów, którzy nagrywają „pod publiczkę” albo „pod krytyków”. Zazwyczaj próbują oni obezwładnić swoją wirtuozerią, albo udziwnionymi do granic dobrego smaku kompozycjami. Lubowicz niczego nie udowadnia. Wie czego chce i dojrzale realizuje pomysły. Jego styl jest zachwycający – subtelny, perfekcyjny, gdzie trzeba zachowawczy, gdzie trzeba tryskający wirtuozerią. W nagraniu czuć autentyzm i artystyczną uczciwość. Skrzypek nie udaje, że urodził się w Nowym Jorku. Słychać, że pochodzi z Zakopanego i czerpie ze swoich korzeni pełnymi garściami. Oczywiście nie grałby jazzu bez nawiązań do konkretnych nurtów amerykańskiej muzyki, ale robi to z głową i ze smakiem.

Liderowi towarzyszą muzycy z najwyższej półki. Krzysztof Herdzin na fortepianie (ale też na akordeonie i flecie) wypełnia muzyczne przestrzenie tysiącami barw. Robert Kubiszyn (kontrabas, gitara basowa) i Łukasz Żyta (perkusja) niezwykle subtelnie, precyzyjnie i jednocześnie treściwie, budują nowe skojarzenia rytmiczne i brzmieniowe.

I chociaż płyta nie została nagrana „pod krytyków”, to jednak wróżę jej, że w rocznych podsumowaniach zajdzie wysoko. „Inside” mocno otwiera solową karierę Lubowicza. Nie mam żadnych wątpliwości, że rozwój tego artysty będzie przebiegał proporcjonalnie do jego niezwykłego talentu, a każdy kolejny album stanie się ważnym wydarzeniem muzycznym.