Marain Marais & Antoine Forqueray
Julia Karpeta, viola da gamba
CD Accord, ACD 259, 53′

rm red star  rm red star  rm red star  rm red star

Pamiętacie film „Wszystkie poranki świata”? Scenariusz opiera się na wyobrażonej biografii kompozytora de Sainte-Colombe’a, mistrza instrumentu o nazwie viola da gamba.

Pan de Sainte-Colombe i jego viola towarzyszą ostatnim chwilom życia przyjaciela, który przed śmiercią chciał posłuchać muzyki oraz napić się po raz ostatni ulubionego wina. Tego wieczoru umiera także żona muzyka. Osieroca dwie córki, z których młodsza liczy dwa lata, a starsza sześć lat. Pan de Sainte-Colombe nie może przeboleć utraty małżonki ani tego, że nie czuwał przy ukochanej i nie zdążył się pożegnać. Po trzech latach wciąż ma ją przed oczami. Po pięciu wciąż słyszy jej głos. Zamyka się w swoim domu, a córki wychowuje surowo. Od najwcześniejszych lat uczy je śpiewu oraz gry na violi. Muzyka jest jedyną przestrzenią, którą dziewczynki mogą dzielić z ojcem.

Zrządzenie losu w postaci cieplutkiej jeszcze płyty Julii Karpety (dzisiaj światowa premiera) podsunęło mi dalszy ciąg tej historii. Jakimś cudem jedna z dziewcząt zadomowiła się w XXI w. i nadal gra na violi. Nie jest już panną de Sainte-Colombe. Podrosła i nosi inne nazwisko. I nawet jeśli nie jest biologiczną córką pana de Sainte-Colombe’a, to z pewnością jego duchową dziedziczką. Zanim opowiem o nagraniu, najpierw kilka słów o tym niezwykłym instrumencie.

Popularność violi da gamba przypada na przełom renesansu i baroku. Potem ją zapomniano. Trzeba było czekać do końca XX w. i filmu „Wszystkie poranki świata”, aby świat sobie o niej przypomniał. Pionierem odrodzenia muzyki na ten instrument jest Jordi Savall. A jako pionier musiał być swoim własnym nauczycielem, mentorem i inspiracją. Po 40 latach Savall wciąż szuka, odkrywa zapomniane dzieła i inspiruje pokolenie młodych muzyków.

Mówi się, że do violi się dorasta i dojrzewa, bo miarą kunsztu dobrego gambisty jest umiejętność rozmowy bez słów, snucia intymnych opowieści. Chyba nie ma innego instrumentu, którego rozedrgane struny szłyby w zgodzie z drgnieniami duszy. Chociaż w zasadzie jest na odwrót: to rytm serca, oddechu i uczuć pobudza drgania strun violi. Taka to właśnie muzyka – godząca w sobie fundamentalną, trwałą, duchową podstawę i ulotność improwizacji. Wszystko, co dzieje się w niej fizycznie, jest arabeską rozkwitającą po każdym pociągnięciu smyczka. Muzykę komponowaną na violę pisano przede wszystkim dla własnej satysfakcji. Gambiści grali ją dla siebie lub dla niewielkiego grona słuchaczy. Wymarzona to sztuka dla samotników i – paradoksalnie – osób towarzyskich, dla których towarzyskość nie jest klepaniem banałów, a okazją do wspólnego przeżywania.

Julia Karpeta snuje swoje opowieści w moim domu od kilku tygodni. Towarzyszy mi co wieczór podczas czytania książek, przeglądania korespondencji, picia herbaty i drzemki na kanapie. Znajduję na tej płycie piękno domowe, oswojone, zwyczajnie ciepłe, ludzkie. Mam wrażenie, jakbym był jedynym słuchaczem we wszechświecie, a mój egzemplarz płyty jedynym, jaki istnieje. To nie koncert, to granie odległe od popisu – esencja intymności. Ale nie dajmy się zwieść. Za każdą tak lekko zagraną frazą stoi niezwykła biegłość instrumentalistki. Gambistce udało się nagrać płytę, na której muzyka zdaje się nie być najważniejsza. Raczej człowiek. Ten, który gra, i ten, który słucha.

Julia Karpeta dojrzewała do solowego albumu kilka lat. Doświadczenie zdobyte z triem Overtone i w duecie gambowym Fernabucco (tworzy go z mężem) zaowocowało ciekawym programem nagrania, na który złożyły się utwory Marina Maraisa i Antoine’a Forqueraya. Artystce towarzyszą znakomici instrumentaliści: Anton Birula – teorba, klawesyniści Marta Niedźwiecka i Maurycy Raczyński oraz Krzysztof Karpeta, grający na drugiej violi. Na uwagę zasługuje również warstwa edytorska wydawnictwa: piękna okładka i ciekawy esej pióra Marka Nahajowskiego, wydatnie pomagający w poznaniu tej wyjątkowej muzyki.