„Staszek jest smutnawy, nic napisać nie może, właściwie to on science fiction wyssał do końca. Powinien zacząć nowe życie, zapewne jako filozof, mógłby na pewno. Cóż za dziwny umysł: w trzech dziedzinach: naukowej, literackiej, filozoficznej, zupełnie równo uzdolniony. Gdyby zsumować, byłoby genialnie. Ale właśnie taki to rozum, że zsumować się nie daje”.

Stanisław Lem wymyka się. Nie tylko w tych słowach Jana Błońskiego napisanych w liście do Sławomira Mrożka, cytowanymi przez Wojciech Orlinski w jego książce. Wymyka się i jemu; podkreśla, że „jego” pisarz więcej ukrywa, niż odsłania („To, czego w tych wspomnieniach nie ma, jest ważniejsze od tego, co w nich jest. Tak jak atomy, wspomnienia Lema składają się głównie z pustki, ale postaram się zrobić z nią to samo, co z atomami w końcu zrobili fizycy kwantowi”). Autor jednak nie daje się, próbuje jak najpełniej uchwycić „mistrza zwodzenia swoich rozmówców”.

W Lema rodzinnym Lwowie, zamiast współczesnych samochodów, stara się bardziej dostrzegać przedwojenne szyldy wyłażące spod tynków. I jak sugeruje, może właśnie reklama „SAMORACHUJĄCA MASZYNA DO PISANIA BURROUGHS – DODAJE I ODEJMUJE AUTOMATYCZNIE!”, którą przyszły twórca „Solaris” często mijał, w jego wyobraźni narodziła zalążek pierwszej fabuły science fiction. Zwłaszcza że w tym czasie Staś „odtwarzał własnoręcznie maszyny, o których czytał w książkach popularnonaukowych lub które kupował z kieszonkowego i oszczędności: induktor Ruhmkorffa, maszynę Wimshursta, generator Tesli” W ten sposób w ciemnym pomieszczeniu można było podziwiać wyładowania elektryczne i „czuć się niczym Zeus Gromowładny”.

Kiedy Wojciech Orlinski pisze o dzieciństwie i dorastaniu Lema, moim zdaniem porusza jeden z najciekawszych wątków w całej swojej książce: relacji ojca z synem.

Autor przyznaje, że obraz dzieciństwa pisarza ma posmak czegoś słodko-gorzkiego: „Szczęśliwego, bo rodzice (głównie ojciec) chętnie spełniali wszystkie zachcianki chłopca. Smutnego, bo najwyraźniej nie mieli kiedy się nim zajmować i wiele czasu spędzał w samotności”. Zaznacza, że gdy Stanisław przychodzi na świat, jego ojciec Samuel ma czterdzieści dwa lata. A gdy rodzi się Tomasz, syn Stanisława, ten ostatni ma lat czterdzieści siedem. Orliński pisze: „Przy tak późnym rodzicielstwie łatwo o błąd, który popełnili chyba obaj, Samuel i Stanisław – błąd traktowania dziecka jak >>małego dorosłego<<. Nie można dwulatkowi stawiać wymagań godnych dziesięciolatka. I odwrotnie, nie można dziewięciolatka traktować jak trzylatka”. A gdy Autor czyta słowa Tomasza o Stanisławie, przyznaje, że „ogarnęło mnie to samo zimne przerażenie, że moje dzieci kiedyś napiszą wspomnienia o mnie”.

Lem dorośleje i coraz bardziej staje się „lepiej zorientowany w światowej nauce od przeciętnego polskiego pisarza, a także w humanistyce od przeciętnego pisarza science fiction”. Dzieje się tak na przykład dzięki lekturom, które podsuwają mu pewni mądrzy ludzie spotkani na drodze życiowej.Życie Lema splata się z ważnymi wydarzeniami w dwudziestowiecznej historii Polski. W przypadku zagrożenia Lwowa okupacją niemiecką, ze strony „jaskiniowców uzbrojonych w karabiny maszynowe” – której symbolem stał się antysemicki pogrom nie tylko przy udziale okupantów („[Niemcy] najchętniej wszędzie – nie tylko na Ukrainie – wyręczali się lokalnymi mieszkańcami”) – Orliński chciałby „wskoczyć na Lemowski chronocykl, żeby udzielić Samuelowi porady życiowej, która z dzisiejszej perspektywy wygląda najrozsądniej: uciekaj stąd”. PRL to czas „pijanego szakala uzbrojonego w policję polityczną”, śmieszno-strasznych zmagań z cenzurą, koszmaru Marca’68 i stanu wojennego, zderzeń z absurdami choćby przy chęci naprawy samochodu (a tych Lem miał kilka, wśród nich np. enerdowski AWZ P70 Zwickau).Jest dużo śmiechu, gdy czyta się o tych samochodach. Również o konflikcie Lema z amerykańskim guru science fiction Philipem K. Dickiem i słynnym reżyserem Andriejem Tarkowskim, Także o wręczaniu „listów rozwodowych” tym, którzy Lemowi podpadli. Jest i westchnienie pod hasłem „co by było, gdyby” – na przykład gdyby filmy na podstawie książek Lema mogli tworzyć ówcześni słynni polscy reżyserzy; albo bez przeszkód mógł on podróżować na Zachód i za Ocean wtedy, gdy na drodze nie stawały mu jeszcze podeszły wiek i coraz liczniejsze choroby. Teraz jednak, jak pisze sam Orliński, to temat do „rozwiązań o wszechświatach równoległych”.

Oczywiście sporo w tej książce o twórczości Lema, jej powstawaniu, wpływie na otoczenie. Jest jej subiektywna ocena Autora, raz zachwyconego, innym razem przerażonego. Podkreśla on wizjonerstwo autora „Bajek robotów”, na przykład przy wątku Biblioteki Trionów. Przyznaje, że choć początkowo nie zgadzał się ze sceptycznym podejściem Lema do Internetu, z czasem przyznał mu rację: „Otóż Lem przez całe dorosłe życie kochał naukę, ale też całe życie miał wobec niej liczne zastrzeżenia. Od juwenilnego >>Człowieka z Marsa<< aż po >>Głos Pana<< i >>Fiasko<< widać u niego tę samą obawę, że jak się małpie da kalkulator, to ona po prostu użyje go do walenia innych małp po głowach. Nauka i technika nie czynią nas lepszymi istotami, przeciwnie, im potężniejsze narzędzia nam daje do rąk, tym straszniejsze dla nich znajdujemy zastosowania”.

Wojciech Orlinski niekiedy sięga po kolokwializmy („Świsnął im sprzed nosa palmę pierwszeństwa”; „rakieta wrąbała się w edeńską glebę”), nawiązuje do popkultury (jak wtedy, gdy zestawia książkowy ocean z filmem „Pulp Fiction”). Żałuje, że nie było go na pewnym ciekawym przyjęciu: „Trzecim bliskim przyjacielem z tego okresu był Sławomir Mrożek. Po raz pierwszy spotkali się na ślubie Lemów w roku 1953, ale na >>ty<< przeszli dopiero na przyjęciu sylwestrowym 1958/1959 u Jana Józefa Szczepańskiego (poza Lemami i Mrożkiem był tam również Jerzy Turowicz; są takie przyjęcia, że człowiek by dał wszystko za sam przywilej bycia tam w roli kelnera, szatniarza, kierowcy, kogokolwiek…)”. I myślę, że w swojej próbie uchwycenia Lema pragnie znaleźć jak najwięcej człowieka w Geniuszu, który wyobraźnią sięgał gwiazd, a pewnego razu otarł się o śmierć z powodu brudnej strzykawki w szpitalu.

„Sam pisarz na poły żartobliwie mówił Fiałkowskiemu, że za swój największy sukces literacki uważa tamten incydent w praskim hotelu. Bo jednak wszystkie nagrody i ordery są niczym w porównaniu z takim namacalnym dowodem sławy – że recepcjonista w hotelu w obcym kraju na sam dźwięk nazwiska pisarza, by wyrazić uznanie dla książki, której jeszcze nie przetłumaczono na jego język (>>Eden<< wyjdzie w CSRS dopiero w 1975!), nagle wręcza temu pisarzowi klucz do pokoju, którego jeszcze przed chwilą wcale nie było… to przecież na dobrą sprawę lepsze od Nobla”.

Rafał Kowalski

Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Agora, Wydawnictwo Czarne 2017, s. 440