Teraz, gdy wkraczał w wiek męski, omiatał spojrzeniem bezkres zwrócony gdzie indziej, nadal odczuwając cząstkę czystego zachwytu, którego zaznał w dzieciństwie. Jakby znów świadomy czegoś, o czym był zapomniał, dumał o dawnych zdobywcach, którzy wyruszali na wielkie słone bezludzia. Przypomniał sobie legendę, w którą ci święcie wierzyli: otóż byli przekonani, że jeśli dopłyną aż do krańca ziemi i nie zdołają zawrócić, runą w mroczną otchłań bez dna. Wiedział, że pomimo wszystko i tak parli naprzód, choć pewnie w cichości serca, na jawie i we śnie – sądził – nieraz ogarniał ich popłoch, że za chwilę spadną w przepaść, z której już się nie wynurzą.

W Williamie, głównym bohaterze tej książki autorstwa Johna Williamsa (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo Filtry w przekładzie Macieja Stroińskiego) jest pewne podobieństwo do Stonera: tytułowej postaci z jego kapitalnej powieści (Filtry, 2023 r., ten sam tłumacz) powstałej pięć lat po „Butcher’s Crossing”. Obaj młodzi i tak zwani przeciętni, ze swoją niewinnością i marzeniami wpływają na przestwór świata, którego doświadczają z jego pięknem i brutalnością. Jest w tym też jakaś forma ucieczki od codzienności, łaknienie wstrząsu przywołującego do życia, połączenia się z kimś/czymś. W przypadku Stonera azylem okazuje się miłość do literatury i języka, u Williama zaś – pragnienie zanurzenia się w przyrodę, jej pierwotność, nieujarzmienie.

W tej książce kilku śmiałków rusza do miejsca, które jeden z nich pamięta sprzed lat. Ono jeszcze istnieje? Jeśli tak, czy się zmieniło, i wciąż może sprawić, że życie tej czwórki zmieni się materialnie?… W tym czasie w ich życie potrafi wkroczyć piękno natury; objawić na przykład w śnieżnej bieli skrzącej się „tysiącami cienkich jak igiełki iskier”, ciszy z jej „niezmąconą równowagą”, miękkiej bezdenni boru, w którą można zanurzyć się i tonąć… Piękno w tej książce splata się z okrucieństwem – ono stworzenie z jego godnością, tryskające życiem może zmienić w coś obnażonego i bezradnego. Właśnie w tym gwałtownym splocie młody William poznaje życie. Czy to go zmieni?…

Ta powieść to nie tylko przyroda, chwytliwie ujęta też w motcie do tej książki w formie słów autorstwa Ralpha Walda Emersona; nie tylko postacie, jak jegomość uczepiony zniszczonego egzemplarza Pisma Świętego, myśliwy ogarnięty pewną obsesją, czy stęskniona bliskości tak zwana kobieta upadła. To także światło jako jasność gasnąca „niczym żar węgla we mgle”, przez co „miasteczko na prerii zdawało się kurczyć wobec naporu ciemności”; światło prowadzące grę w odbiciu twarzy w lustrze po zapaleniu lampki dzięki użyciu zapałki. To też względność czasu i obcięte włosy rozwiane na wietrze, szybujące nieśpiesznie ku ziemi, lśniące w ostatnich promieniach słońca. Również wyczucie tłumacza Macieja Stroińskiego, dzięki któremu są tu obecne wtarabanienie, znojny kierat, szczęk uprzęży, wyrychtowanie fury, słowa „bry” i „pojedlim”.

„Butcher’s Crossing” to podróż fizyczna do konkretnego miejsca, ale też w głąb siebie. Po to, by spróbować zapełnić pustkę czymś, czego wartość nie ulotni się szybko jak whisky ze szklanki, nie zniszczy się niczym skóra bizona. Nie straci blasku jak oczy tych, którzy nie chcą nadawać ruchu swemu życiu pod żadnym względem.

Rzadko rozmawiali; leżeli przy sobie i lgnęli do siebie; do porozumienia wystarczały im oddechy, odgłosy, odzewy; nie potrzebowali słów; tylko tu, pomyślał w końcu, tylko tu naprawdę żyję. Poza czterema ścianami, które go chroniły, widział w myślach wielką nicość, gdzie wszystko jest jasne, wyraźne, rozgłośne, a dlatego groźne i nie do zniesienia.

Rafał Kowalski © 2026

John Williams, Butcher’s Crossing, przełożył Maciej Stroiński, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2026, ss. 360