I jeszcze o plaży w Viareggio opowiem Ci, Ojczenaszu. To włoskie miasto nad Morzem Tyrreńskim. Nic mi się nie przypomniało, bo tam nie byłam, ale wiem, dokąd trzeba pójść, jeśli jest właśnie Nowy Rok i późne popołudnie. Trzeba pójść na plażę. Trzeba stanąć i patrzeć w niebo. Będzie zachodzić słońce. Złociście i purpurowo, i tak rozlegle, że nie będzie wiadomo, gdzie morze jeszcze jest, a gdzie niebo. Z wdzięcznością trzeba patrzeć. Myśląc, że warto się było urodzić dla tych dwudziestu paru minut, dla tego słońca.
Hanna Krall się nie zmienia. W świecie przyspieszającym, który atakuje coraz większą ilością bodźców, Ona wciąż chwyta za nasze dłonie. Zatrzymuje, zachęca do spojrzenia, posłuchania uważniej. W przypadku tej książki (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo Znak Literanova) może chodzić o krawca haftującego „przepięknie, zwłaszcza damskie woalki do kapeluszy – sam rysował wzory, kwietne przeważnie, i przenosił na tiul maszyną Singera”. Winorośl posadzoną wzdłuż płotu granicznego. Niebo na jednej z ilustracji, autorstwa Zbigniewa Libery, na której ciemne chmury sąsiadują z pogodnym błękitem.
Pani Hanna wciąż udowadnia przewagę jakości nad ilością. Tak czyni choćby w książce „Szczegóły znaczące” (Wydawnictwo Literackie) z 2022 roku, w której tekst „Sceny żałujące. Niepytanie” mieści się na jednej stronie. W publikacji „Jedenaście” (Wydawnictwo a5), wydanej dwa lata później, tekst „Telefon” składa się z siedmiu zdań. Podobnie jest w książce najnowszej. Cóż, perłę jednak łatwiej wyłowić z niedużej kałuży niż z obszernego oceanu. Dostrzec jej piękno i blask, to, co najważniejsze.
W „Nie mówi się takich rzeczy” Autorka stara się słownie dotrzeć do Ojczenasza. Zainteresować go losem Zośki, która nie chce Bohatera Narodowego, za co ten się mści. Zaciekawić tym bardziej, że, jak pisze, o Bohaterze Ojczenasz musiał słyszeć, skoro „pan prezydent” osobiście odsłaniał jego pomnik, a o Zośce nie („to ci opowiadam”). Jest i Maria, która wiedziała, że „nie wypada zostawić człowieka w trumnie całkiem samego”; István lubiący zapisywać; wnuczka płockiego rabina o imieniu Fajga, starająca się odzyskać talary, które jej dziadek pożyczył Napoleonowi Bonaparte… Hanna Krall opowiada o nich, i jakby sprawdza, czy Ojczenasz wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie. Pyta Go, jak się ma, czy miewa sny, co będzie z końcem świata. Stara się go rozweselić, by „już nie myślał o stosach, płotach, bagnach i innym umieraniu”. Prosi, by się nie zżymał. I o to, by koniecznie, jeśli spotka Jurka przekazał mu, że wszystkie gałązki winorośli – które Jurek posadził wzdłuż płotu granicznego – ona przeplotła przez ogrodzenie i „wszystkie liście są u nas”.
Kto bardziej zna życiorys i twórczość Hanny Krall, domyśli się, że chodzi o Jerzego Szperkowicza, jej ukochanego męża zmarłego cztery lata temu. W innych tekstach w tej książce znaleźć też można grafika i pisarza Marcina Wichę, wojennego bohatera i powojennego zdrajcę Edwarda Wasilewskiego… Teksty te zatrzymują i bez tej wiedzy, tym bardziej są uniwersalne. Bo w nich bardziej niż o konkretne nazwiska, chodzi na przykład o złożoność ludzkiego losu. I pewną niezgodę na to, co się stało i dzieje, jak w przypadku wspomnianej Zośki. Albo dziewczyny, która podczas Powstania Warszawskiego zbiegała po schodach i minęła swego nieżyjącego ojca, lecz udawała, że go nie zna, bo miał zły wygląd, a sąsiedzi pytali, czy go zna… Ta niezgoda może manifestować się w formie ironii najwyraźniej zrodzonej z bezradności, jak w słowach Autorki skierowanej do Ojczenasza: „Jeszcze jeden zabity Żyd, jeszcze jednak żydowska dziewczynka… Daj spokój, ile można”.
Hanna Krall do bólu oszczędna w słowach; niekiedy ironiczna, żartująca ze swego jakże potrzebnego popadania w dygresje. Splatająca przeszłość z teraźniejszością, jak w tekstach o Aloszy Herszelu i Isabel Lopez. Pytająca, czy życie naśladuje literaturę „jak zawsze”. Przede wszystkim jednak swoimi opowieściami – w których też ocala nieocalonych, często niemających grobu, nawet imion i nazwisk („Przykro mi, Ojczenaszu, że nie znam nazwiska lekarza z Horodenki, który nie mógł nikomu w niczym pomóc”) – zachęcająca do zatrzymania się, spojrzenia głębiej wszystkimi zmysłami. I pamiętania.
Razem z żoną i synem czekali w lesie, kiedy zapadła noc, ruszyli za przewodniczką w stronę rzeki. Już mieli do łodzi wsiąść, kiedy Ojzer Figa zatrzymał się. Ja panią bardzo przepraszam, powiedział. Ja nie zdążyłem schować mojej maszyny do haftowania. Ja wracam do domu. Żona wróciła razem z nim, oboje zginęli w Treblince z innymi otwockimi Żydami. Syn nie wrócił. Przepłynął Bug z uczciwą przewoźniczką. Nie wpadł w niczyje ręce i przeżył wojnę.
Opowiedział mi o Ojzerze Fidze, swoim ojcu, w amerykańskim miasteczku Cedar Rapids. Gdzie przebywał z wizytą u syna, profesora filozofii. Co nie ma nic wspólnego z krzyżami na łące, Ojczenaszu. Ani w ogóle z niczym.
Rafał Kowalski © 2026
Hanna Krall, Zbigniew Libera, Nie mówi się takich rzeczy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026, ss. 124
