To zabawy, których głębokiego sensu i powabu żaden dorosły nie jest w stanie pojąć, a do których nie potrzeba nic więcej poza trzema kamykami lub kawałkiem drewna z kwiatem mniszka zamiast hełmu, lecz które wymagają jednak czystej, silnej, żarliwej, cnotliwej i niczym niezmąconej fantazji tego szczęśliwego wieku, kiedy życie jeszcze nie waży się na nas napierać, kiedy ani obowiązek, ani wina nie wyciągają po nas rąk, kiedy wolno nam widzieć, słyszeć, śmiać się, dziwić się i marzyć, zanim świat zacznie od nas domagać się przysług….

Podczas nurzania się w debiucie powieściowym Thomasa Manna (wydanego przez Wydawnictwo W.A.B. w 2025 roku w przekładzie Jerzego Kocha), za który pisarz otrzymał Nagrodę Nobla, można na przykład szukać śladów jego rodzinnej Lubeki, delektować się opisami rytuałów i przedmiotów, śledzić upadki i wzloty kupieckich transakcji… Można też przekonywać się, jak trudne dla niektórych jest przebijanie kokonu konwenansów, nawet jeśli mają świadomość, że może to ich uczynić szczęśliwszymi.

Ta książka to miejsca; przede wszystkim w dziewiętnastowiecznej Lubece, jak Górka Jerozolimska, po której zimą zjeżdża się na sankach, kościół Mariacki z zegarem z apostołami, Brama Zamkowa, rzeka Trava pulsująca czasem drobnymi falami szybko uciekającymi przed wiatrem. Też morze, znad którego dochodzi niekiedy szum spokojny i ociężały, a fale przypływu mogą zbliżać się groźnie i rozbryzgiwać na głazie, który im się przeciwstawia; morze to z hukiem potrafi odbierać mowę i poczucie czasu… „Bundenbrookowie” to również rytuały, jak czwartkowe spotkania rodzinne i tak zwane wieczory jerozolimskie, to także przedmioty; wśród nich śniadaniowy obrus bielący się na stole w jaskrawym świetle słońca, guziki z gagatu, halsztuk poprawiany energicznymi ruchami, omżyny wydzielające charakterystyczny zapach, filiżanki w kształcie moździerzyków, na których krągłościach i krzywiznach igra słońce. Mannowska powieść to też ludzie, wśród nich przedstawiciele kilku pokoleń rodziny kupców zbożowych.

Buddenbrokowie przeżywają radości i smutki w prowadzonych interesach, organizują przyjęcia, starają się być wysoko postrzegani w hierarchii społecznej. Najciekawiej robi się, kiedy Mann przykłada lupę do ich konkretnych poczynań. Na przykład kłótni rodzonych braci, jednego pracowitego i drugiego lekkoducha („Stałem się tym, kim jestem – powiedział w końcu, a jego głos zdradzał poruszenie – bo nie chciałem być taki jak ty”). Ten podział nie jest jednak zero-jedynkowy. Pracuś zaczyna dostrzegać, że w stosunkowo młodym wieku staje się wyczerpanym mężczyzną, pustym w środku, tracącym motywację; patrzy na coś i nie widzi tego. Lekkoduch natomiast potrafi rozbawić innych swoimi opowieściami – jak tą o człowieku, który „we śnie połknął mysz i dlatego udał się do weterynarza, a ten poradził mu, by teraz połknął kota” – jednocześnie, bywa, rozpogodzony próbuje opowiedzieć jeszcze jakąś historię i ostatecznie popada w przygnębienie.

Niekiedy można mieć poczucie, że niektórzy Budenbrokoowie na własne życzenie zamykają w zbyt ciasnych ramach konwenansu. Jak ojciec nalegający, by jego córka wyszła za mąż za konkretnego człowieka, choć ona wyraźnie tego nie chce („taka okazja zapewnienia ci szczęścia nie trafia się każdego dnia, a to małżeństwo jest dokładnie tym, co obowiązek i przeznaczenie ci dyktują”). Inna postać postrzega zainteresowania swego syna jako mrzonki; chce, by ten kroczył inną drogą. Dziadka irytuje bystrość jego wnuczki. Jeszcze inny ojciec obwinia swego potomka, że swoimi narodzinami spowodował śmierć jego ukochanej, widzi w nim „nikczemnego niszczyciela swojego szczęścia”… Niektórzy wydają się czuć moc słowa „wolność”, jak dziewczyna siedząca z chłopakiem na nadmorskiej plaży; jednak nie zawsze chcą wcielać to w czyn… Na tym tle tym bardziej błyszczą sytuacje, jak ta, kiedy dorosły syn przytula się do swej matki, czuje potrzebę zastygnięcia w tej pozie, pragnie „niczego nie widzieć i niczego nie musieć mówić”. Lśni też przyjaźń dwóch chłopców, i to, jak dla jednego z nich, bardzo wrażliwego, muzyka staje się „niezwykle poważną, istotną i natchnioną sprawą”.

Thomas Mann pisze o tym wszystkim z dużą klasą językową, od pojedynczych zdań („Ciemność zamknęła teraz obszerny stary dom na głucho. Duma, nadzieje i obawy także spoczęły”) po dłuższe opisy, choćby przemyśleń jednego z bohaterów na temat śmierci, czy nadchodzącej burzy. W przekładzie jego powieści na język polski dzielnie i z polotem towarzyszy mu Jerzy Koch. Dzięki niemu skrzy się tu od sakramenckiej pogody, zbytników, naigrywania się, szelmowskiego uśmiechu, szaławin, niezgrab, uwłaczania sobie. Ponadto tłumacz nieźle się napracował nad przypisami wyjaśniającymi cytaty z utworów literackich i pieśni, i zagłębia się w świat dialektów – dlatego na przykład pojawia się tu słowotwór: „Mejboszeszkochanne”.

Ścieżki Buddenbrooków krzyżują się z tymi, po których chadzają postacie ze swoimi zachowaniami nikczemnymi, szlachetnymi, barwnymi; te ostatnie na przykład prezentuje jegomość kreujący się postać „charakterystyczną i budzącą strach, kogoś pomiędzy Mefistofelesem a Napoleonem”; również cukrzyk w tajemnicy przed rodziną zakradający się do wynajętej izdebki, by jeść torty. A Mannowska lupa, przybliżająca ich wszystkich, i również słowa jednej z bohaterek – że wszystko, co w życiu dobre i piękne, tak szybko przemija – zdaje się też sugerować, że warto czasem wyjść poza ciasne ramy przyzwyczajeń, by poczuć powiew znad życiowego morza wolności.

– …nasz Pan Bóg wszystko to mu wynagrodzi, powiadam, jemu i całej szacownej familii, jak już dojdzie do tego i bedziem stać przed jego tronem, bo kiedyś każden jeden musi zstąpić do grobu, bidny i bogaty, tako je święta wola i dekret boski, a jeden dostanie aligancko wypolerowaną trumnę z drogiego drewna, a drugi skrzynie staro, ale trzeba nam wszystkim rozpaść się jak próchno, każden jeden musi się rozpaść jak próchno, jak próchno… próchno…!.

Rafał Kowalski © 2026

Thomas Mann, Buddenbrookowie, przełożył Jerzy Koch, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2025, ss. 928