Są ludzie, którzy odkładają ważne zadania, bo są trudne. Inni — bo nudne. Ja zaś odkładam… rzeczy miłe, wręcz wyczekiwane, a czasem wspaniale swingujące. I właśnie dlatego na moją półkę trafiła przed chwilą — hurtem, z Allegro — seria sześciu płyt, która powinna się tam znaleźć… około czterdziestu lat temu. Ale po kolei.
Moja prokrastynacja ma formę wyrafinowaną. Nie taką zwykłą, codzienną, jaką miewa przeciętny śmiertelnik (“posprzątam później”). Nie, ja osiągnąłem poziom mistrzowski: kupuję pierwszy tom serii — i triumfalnie NIE kupuję kolejnych. Trzymam je na liście, w pamięci, w sercu, w koszyku… ale nigdy w paczce od kuriera. Bo przecież zdążę. Kiedyś. Na pewno.
Standard Time, czyli Standard Delay
Weźmy na przykład serię Standard Time Wyntona Marsalisa. Sześć płyt. Klasyka. Wspaniałe aranżacje, kapitalny swing, czyste brzmienie i ta marsalisowa elegancja, która potrafi jednocześnie ukoić i pobudzić. Znałem tę muzykę na wylot. Słuchałem setki razy. Pragnąłem mieć kompletną serię na półce — tak od zawsze, od młodości.
Więc nie kupiłem żadnej. Poczekałem prawie czterdzieści lat. Ale jak już kupiłem, to oczywiście wszystkie naraz. Człowiek mądry szybko się uczy, człowiek uparty — po czterech dekadach.
I wtedy przyszły wieści…
Tu atmosfera felietonu robi się poważniejsza. Otwierając paczkę z moją sześciopłytową nagrodą za dekady zwłoki, natknąłem się na informację, że Wynton Marsalis po prawie 40 latach kierowania Jazz at Lincoln Center zaczyna proces przekazywania pałeczki następcom. Będzie pełnił funkcję dyrektora artystycznego jeszcze w sezonie 2026–27, od 2027 przejdzie do roli doradczej, a do końca kontraktu w 2028 roku pozostanie zaangażowany w instytucję, którą współtworzył od 1987 roku.
Takie wiadomości zawsze chwytają za serce. Bo Marsalis to dla mnie nie tylko nazwisko na okładce. To wspomnienia, emocje, koncert w Polsce, który do dziś pamiętam jak żywy.
I wtedy pojawiła się we mnie myśl — bardzo osobista, trochę smutna, ale szczera.
Nie mieszkam w Stanach, ale zrobiło mi się naprawdę smutno. Przez lata śledziłem dokonania tej orkiestry, kupowałem ich nagrania, a raz — szczęśliwie — byłem na koncercie w Polsce. Niezapomniane przeżycie. Trudno patrzeć, jak kończy się tak wspaniały rozdział. Oby kolejny nie był gorszy. Wszystkiego dobrego, panie Marsalis — i dziękuję za muzykę!
Może to przypadek, że ukończyłem swoją czterdziestoletnią misję akurat teraz gdy Wynton Marsalis kończy swoją. A może wszechświat ma czasem subtelne poczucie humoru. Na tyle subtelne, że nawet ja — mistrz prokrastynacji — potrafię je dostrzec.
Tak czy inaczej, seria Standard Time jest wreszcie kompletna.
A ja? Ja spróbuję kiedyś kupować szybciej. Może nawet od razu.
Kiedyś.
Na pewno.
…Chyba.
Robert Majewski © 2026
