Lubię sobie wyobrażać troskę jako chmurę, w której utrzymuje nas wszystkich zbiorowy i kruchy wysiłek osób troszczących się. Tam odbywa się naprawianie świata, cerowanie, sztukowanie ubytków. (…) Troska materializuje się w powszedniości: w wirującym bębnie pralki, w siatce pełnej zakupów, w koszu z obierkami, z rozrzuconych na podłodze klockach i fiolkach leków ustawionych na szafce. Można ją odnaleźć w zmęczeniu, w płaczu, w organizowaniu życia domowego i reagowaniu na potrzeby zależnych członków rodziny. Za większość tej pracy odpowiadają kobiety.

Jedna z bohaterek „Krahelska. Krahelskie” (2021 r.), poprzedniej książki autorstwa Olgi Gitkiewicz, miała „dziwaczny przymus wypowiadania się, notowania, relacjonowania, raportowania, zapisywania wszystkiego, co obserwowała, interweniowania”. Wierzyła, że to się komuś przyda, a sama Autorka dodaje, że po prostu mogło chodzić o „pamięć, o zapisywanie się w czyjejś pamięci takimi środkami, jakie się ma do dyspozycji – ludzie przecież właśnie dlatego opowiadają swoje historie, żeby ktoś ich pamiętał”. Może coś podobnego ktoś napisze o samej Oldze Gitkiewicz, na przykład po przeczytaniu zbioru jej esejów „Szyjąc” (2025 r.; obie publikacje wydało Wydawnictwo Dowody).

Odpowiedzią na pytanie, czemu trzeba było czekać cztery lata na kolejną książkę tej Autorki, może być zdanie w jednym z tych esejów: „Czasami myślę, że straciłam nie tylko zdolność pisania, ale i formułowania klarownych myśli”. Przyznaje przy tym, że gdy napisze dwa zdania, już musi brać się za zmywanie; stworzy pół strony, a tu trzeba obierać ziemniaki, kolejne strony – czeka pranie i młodszy syn domagający się jedzenia… Można mieć poczucie, że ona nie pisze tego, by się użalać, lecz by pokazać, że w jej codzienności może odnaleźć się wiele kobiet, niekoniecznie parających się pisaniem. Podkreśla, że opieka nad dziećmi w kraju nad Wisłą widziana jest jako „indywidualny problem, nie jako wyzwanie systemowe”; że jest „prozaiczna i prywatna, obarczona wstydem i wyrzutami sumienia, obwarowana pewnymi wymaganiami: matki powinny być elastyczne, wielozadaniowe, wspaniale godzić pracę zawodową z życiem domowym, wszystko móc, wtedy tak, system wbija im pieczątkę do paszportu i pozwala na duldung”.

W tych życiowych okolicznościach może tym bardziej jest szczęśliwa, kiedy udaje jej się napisać eseje o własnej babci i prababci, którymi umie wywołać uśmiech wzruszenia. Również o Frances „Baby” Houseman z filmu „Dirty Dancing” („Jednak ostatecznie bardziej liczyło się, że rozpoznała potrzebę innej osoby, innej kobiety, i na nią odpowiedziała – na tym opiera się ten film”), i o Carol Gilligan, współpracowniczce na Harvardzie Lawrence’a Kohlberga, twórcy teorii moralnego rozwoju dziecka. Zauważa przy tym, że w badaniach, na podstawie których stworzył on swoją teorię, kobiety nie istnieją. W tym wątku pojawia się zdanie: „Kobiety przeglądają się w innych osobach i dlatego często stawiają na relacje i troskę o nie, a mężczyźni nierzadko widzą we wszystkich jedynie siebie”.

W „Szyjąc” jest też Tracy Chapman śpiewająca, że praca kobiety nigdy się nie kończy. Betsy Warrior ze swoim plakatem, na którym sukni Statui Wolności czepiają się dzieciaki, by wziąć je na ręce. I Emmeline z domu Goulden, po mężu Pankhurst, jedna z pierwszych sufrażystek walcząca o prawa wyborcze kobiet i możliwość samostanowienia („Emmeline domagała się wzajemności: skoro kobiety troszczą się o świat, świat nie powinien traktować ich wyłącznie jako elementu wyposażenia wnętrz, użytecznych przedmiotów, maszyn domowych”).

Olga Gitkiewicz stawia też pytania, na przykład, czy można użyć czyjegoś ciała i czyjejś intymności, by zrobić z nich własną sztukę, nawet jeśli jest to sztuka codziennego doświadczenia – punktem wyjścia jest tu dokumentowanie przez Zbigniewa Liberę swojej opieki nad własną zniedołężniałą babcią Reginą G. Autorka nie stroni od szczegółów, stąd choćby słoik z guzikami w Babcinej szufladzie, z guzikami małymi dużymi, perłowymi, materiałowymi… Dzieli się swoją pomysłowością w tworzeniu zdań, jak w tym przypadku: „Troska może czasem popchnąć do podniesienia cegłówki i zrobienia wyrwy w rzeczywistości”. I właśnie nad troską z troską pochyla się w niejednym eseju w „Szyjąc” – czy chodzi o literaturę, film, czy życiową codzienność, jak wyrzucanie śmieci („Osoba odpowiedzialna za wynoszenie śmieci w domu to nie ta, która wynosi śmieci, tylko ta, która zauważa, że kosz jest pełen i trzeba coś z nimi zrobić”).

Może więc warto jeszcze bardziej kibicować Oldze Gitkiewicz, by miała możliwość opowiedzenia kolejnych historii wartych zapamiętania. Niewykluczone, że nawet wcześniej niż za kolejne cztery lata.

Musiała być mądra. Kiedy zabierała mnie w pole w bańce na mleko, miała, tak by to powiedziała Tronto, zidentyfikowaną moją istotną potrzebę: byłam dzieckiem, którego nie można było nawet na chwilę zostawić, domagałam się opieki, potrzebowałam jej, spuszczona na chwilę z oka uderzałam w ryk. Dziś jest na to nazwa: lęk separacyjny. W tamtej obiektywnej sytuacji moja prababka odpowiadała na tę potrzebę tak, jak była w stanie, jednocześnie nie rezygnując ze swoich innych obowiązków. Wkładała mnie do metalowej kanki i zajmowała swoimi sprawami, a ja się zajmowałam swoimi, czyli uderzaniem w pokrywkę.

Rafał Kowalski © 2026

Olga Gitkiewicz, Szyjąc, Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2025, ss. 400