Jolanta pokazuje mi przyniesioną z drugiego pokoju kukiełkę, Babę Jagę. Jest upleciona ze sznurka wyplątanego z cumy okrętowej. Jej mąż dostał ją w prezencie od jakiegoś marynarza, który zabijał na statku nudę, tworząc podobne cuda, a potem sprzedawał je w zachodnich portach. Kiedy trzymam ją w ręku, mam wrażenie, że uplótł ją ten sam bosman, który wykonał z takiego sznura mojego pirata z dzieciństwa. Kapitan Ułasiewicz wierzył, że Baba Jaga przynosi mu szczęście. Zawsze mu towarzyszyła. Nie wziął jej jednak na Heweliusza.

Adam Zadworny w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Czarne) niczym kapitan statku musi wykazać się dużym opanowaniem, by nie zatonąć w morzu emocji towarzyszącym wciąż katastrofie promu „Jan Heweliusz”. W jego reporterskim dążeniu do rozwiązania zagadki, dlaczego ten statek zatonął 13 stycznia 1993 roku w drodze ze Świnoujścia do Ystad, co kosztowało życie pięćdziesięciu sześciu osób, wiele interesującego można wyczytać też między wierszami, i odczuć dzięki pojedynczym przedmiotom.

Autor stara się umiejętnie kursować od ogółu do szczegółu. Pisze więc o ówczesnej Polsce, która „zmieniała się, reformowała, modernizowała”; był to czas, kiedy na przykład „w sklepach pojawiły się wielki i ciężkie telefony komórkowe, za które trzeba było zapłacić równowartość kilku pensji, więc kupowali je głównie biznesmeni, gangsterzy i politycy”. W Szczecinie „reporterzy sądowi czekali na pierwszy w Polsce proces właścicieli kina porno”, a Polskie Linie Oceaniczne swoje statki słały w kolejne rejsy. W tym „Jana Heweliusza” zbudowanego w 1977 roku – na pokładzie którego kursowały również płyty winylowe ABBY i kremplina na garniturki do pierwszej komunii (lata 70.); także dżinsy i sprzęt stereo (lata 80.), a wokół promu krążyły mewki, czyli dewizowe prostytutki, obsługujące kierowców tirów. Adam Zadworny zarazem przemyca reportersko obrusy w czerwono-białą kratę, Babę Jagę uplecioną ze sznurka wyplątanego z cumy okrętowej, mięsną galaretę, kasetę magnetofonową nazwaną „Lolusia one”, plastikowe pudełko z napisem „Masło Extra Luksusowe”, odbiornik elektroniczny Navtex.

W tej książce stara się jak najwierniej i dynamicznie przedstawić samą katastrofę i akcję ratunkową, reakcje na to wydarzenie i batalie sądowe. Przekopuje się przez archiwa, rozmawia, szuka, wyrusza w rejs. I stara się, by pod czytelniczymi powiekami zostało kilka obrazów, jak ten ze światełkami pasów ratunkowych palących się w kompletnych ciemnościach: „Wirują, wnoszą się do góry na wierzchołki fal i spadają z nich, razem z duszącymi się wodą i słonym aerozolem, zupełnie bezbronnymi rozbitkami”. Też obraz syna jednego z marynarzy, który „narzucił sobie na głowę czarny sweter i siedział tak, nie ruszając się z kanapy, przez trzy dni”. Także dłoń postaci ubranej w mundur z epoletami, trzymająca w dłoni UKF-kę nastawioną na szesnasty kanał. I krzyk jednej z wdów: „Dlaczego pan żyje, a mój mąż nie?!”.

Ponadto jest to opowieść o roli przypadku/zrządzenia losu – mogą coś o tym powiedzieć konkretne osoby, która spóźniły się na feralny rejs Heweliuszem. I o dwóch stronach solidarności: tej mrocznej w formie szukania odpowiedzi przez pewne osoby z uwzględnieniem jednych i unikaniu innych dowodów; i tej jasnej pod postacią głównie kobiecej walki o sprawiedliwość („Wrażenie robiły wdowy w czerni, wypełniające kilka rzędów – wspomina Andrzej Preiss, adwokat i konsul honorowy Królestwa Danii w Szczecinie, który przed Izbą Morską reprezentował Euroafrikę. – Ich żalu nic nie było w stanie ugasić”). To również książka zachęcająca do czytania między wierszami. Kiedy pies jednego z rozmówców Autora przestaje szczekać na obcego, można mieć nadzieję, że człowieczy przyjaciel czworonoga może się otworzy na rozmowę. Znaczące może też być zdanie, że kluczowych ostrzeżeń dla Heweliusza nie odebrał kapitan, lecz trzeci oficer, oraz fakt pewnego epizodu z udziałem tego drugiego w przyszłości.

Adam Zadworny w pewnym momencie pisze, że raz jeszcze wraca „do najważniejszego świadka katastrofy, szukając sam nie wiem czego”. Tą książką, wygląda na to, może znaleźć uwagę osoby czytającej, nie tylko tej piszącej te słowa.

Motorzysta Edmund Brzeziński urwał się z rzuconej przez załogę niemieckiego helikoptera liny i spadając z dwudziestu metrów do rozszalałego morza, zupełnie osiwiał. Potem miesiącami nie mógł się pozbyć wody z płuc, kaszlu, cierpiał na bezsenność. Nie miał apetytu, wciąż palił. Z pogodnego człowieka stał się kłębkiem nerwów. Gdy wrócił na morze, już zawsze spał przy zapalonej kojówce, a obok miał przygotowane ubranie.

Rafał Kowalski © 2026

Adam Zadworny, Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, ss. 216