„Opowiadaj historie” – usłyszał islandzki pisarz Andri Snær Magnason od znajomego klimatologa podczas rozmowy o tym, co pisarz może zrobić, by przydać się współczesnemu światu. „Człowiek nie rozumie liczb i wykresów, ale rozumie opowieści. Ty potrafisz je snuć i musisz to robić”. To danie wdrukowało mi się w głowę, odkąd przeczytałam je w książce „O czasie i wodzie”.

Ilona Wiśniewska, nasz człowiek na dalekiej Północy, po trzech latach wraca ze swoją nową książką reporterską, następczynią „Migotu. Z krańca Grenlandii”. W „Migocie…”, warto przypomnieć, przygląda się polowaniu z płynącej łodzi, nosi wannę, stara się zasłużyć na zaufanie mieszkańców grenlandzkich wiosek; dostrzega tuman kryształków nadciągających z oddali, zimne słońce, krajobraz przypominający „naszkicowane dno morskie”. Oddaje również symbiozę człowieka z naturą, co obecne jest też w „Hjemie. Na północnych wyspach” (obie książki wydało Wydawnictwo Czarne). Podczas lektury tej ostatniej chwilami trudno zgadnąć, czy pisze o ludziach, czy o ptakach.

Pisze konkretnie o mewach trójpalczastych po norwesku nazywanych „krykkje”; według Autorki brzmi to jak „krysie”, i trzyma się właśnie tej nazwy. Krysie są więc na przykład mieszkankami Tromsø, trzeciego co do wielkości miasta Arktyki, największego w północnej Norwegii; miejsca, gdzie ponoć bogowie nigdy nie ustalili pór roku. Ilona Wiśniewska właśnie tam, choć nie tylko, poznaje kolejnych ludzi. Choćby Daniela, który uważa, że ludzie w krysiach widzą samych siebie. Åsgeira zwalczającego traumę ptasim tańcem, i grupę ludzi spod znaku nauki obywatelskiej („mają przydać się nauce dzięki temu, że chodzą po mieście, aktywnie patrzą i wysyłają dane do tych, którzy potrafią je przeanalizować”). Jest Iranka M. ze swoją tragiczną przeszłością, i jej słowa, że sami jesteśmy trochę jak te ptaki. Autorka zaprzyjaźnia się z Bjørg (która wzruszająco czeka na mewę JJ62), i w pewnym momencie zaczyna współopiekować się ptakami.

Reporterka w tej książce daję się trochę poznać nie tylko tą opieką nad ptasimi dziećmi. W pewnym momencie uświadamia sobie, że jest „pięćset osiemdziesiąt osiem godzin marszu” od swojego matecznika w Prószkowie koło Opola. Przyznaje, że choć w Tromsø, mieszka od siedmiu lat, nadal zdarza jej się pomylić drogę, i że wiele miesięcy zajęło jej tam znalezienie koleżanek. Dzieli się wspomnieniem, że Bullerbyn było tą „pierwszą Skandynawią”, o której przeczytała jako kilkulatka i już wtedy zaczęła ją sobie wyobrażać. I dopiero niedawno odkryła taniec („Ponad sto czterdzieści bitów na minutę daje spokój pędzącym myślom, pozwala strząsnąć niedokończone zdania i uformować się na nowo we własnym ciele”).

Podobnie jak w poprzednich książkach, również w tej pozwala podziwiać fotografie swojego autorstwa, które potrafią wchłonąć niczym wir wodny. Na wyobraźnię działają też słowa, jak te opisujące krople deszczu na szybie, chmury zaciągające kurtynę przed nocą, trawę obwieszoną mokrą biżuterią, drzewa kładące się na ścianie domu podczas sztormu, morze przybierające stalowy odcień, spłycający oddech lodowaty wiatr zwany Balsfjordvinden. Krajobraz, który na przykład Bjørg ma zapisany w swoim ciele umie zapierać dech i być jak pognieciona gazeta. Zmienia się, jak mający ponad sto lat Rakettkiosk, widok za oknem autobusu odjeżdżającego z przystanku Polaria, balon ciszy, który pęka, kiedy jest z kim porozmawiać najlepiej zimą.

Bjørg opowiada, ja to w młodości podnosiło się kawałki lodu, pisało się na nich imiona ukochanych i puszczało na morze. Ilona Wiśniewska natomiast, czy jest po kąpieli w igliwiu oczyszczającej myśli, czy nie, w formie tej książki pisze swój kolejny list miłosny na temat Północy. I choć ta strona świata może kojarzyć się z chłodem, w „Hjemie…” przede wszystkim bije ciepłe serce.

Mam słabe umiejętności społeczne i zerową pewność siebie, rok temu nie byłbym w stanie tu z tobą siedzieć. Zacząłem się więc zastanawiać, co sprawia mi przyjemność. I jedyną rzeczą było przyglądanie się przyrodzie. Ona nic ode mnie nie chciała. Nie musiałem jej nic udowadniać, spełniać jej oczekiwań. Dotarło do mnie też, że chce mi się gdzieś iść, jeśli w na końcu tej wędrówki będę mógł zrobić zdjęcie. (…) Mam wrażenie, że ludzie, którzy sympatyzują z krysiami, widzą w nich samych siebie. W walce, w zmaganiach. Ptasi los to nasz los. Dobrze to rozumiem, bo wiem, jak czuje się coś, czego pokochanie wymaga wysiłku.

Rafał Kowalski © 2025

Ilona Wiśniewska, Hejm. Na północnych wyspach, Wydawnictwo Czarne 2025, ss. 240