W „Cyklu żałobnym”, napisanym po śmierci Judy, Irena przyznaje, że nawet nie zdawała sobie sprawy, jak dokładnie ją obserwowała, pochyloną nad roślinami. Teraz odtwarza wypracowany system opieki Judith nad ogrodem, nie chce niczego pominąć: zapachu odurzających, letnich, bujnych kwiatów, świergotania dochodzącego z karmików, róż, dzikiego wina, bukszpanu, popsutej pokrywy studni, połamanych schodków, tego wszystkiego, co musi dalej funkcjonować i rosnąć. To, czego nie może pominąć, to drapanie pustki.
Adrienne Rich o prawa człowieka walczyła piórem, Frida Kahlo pędzlem, Marsha P. Johnson na ulicy… Według autorek tego zbioru tekstów (wydanego przez OsnoVa Publishing) postacie, które opisują, buntowały się przeciw zastanemu porządkowi; chciały rozwiązać gorset, przez który nie mogły oddychać, a sznur miał kontekst polityczno-historyczny. Można podziwiać ich siłę i osiągnięcia – jednocześnie dostrzegać pragnienie bliskości, wsparcia, zrozumienia, przytulenia, kochania. Sylwia Chutnik i Justyna Bilik zdają się sugerować, że właśnie w ten sposób, a nie na przykład poprzez płeć powinno się definiować człowieka.
Uczy tego choćby historia związku malarki Judith Waterman i poetki Ireny Klepfisz. Jest w nim wątek matek obu kobiet; rodzicielka jednej chciała być w każdej dziedzinie życia swojej córki, wykazywała zainteresowanie, a matka drugiej przeciwnie, była wycofana. Jest unoszenie się ponad różnicę charakterów, ekspresję i milczenie. Są reakcje związane z samobójstwem, i czysta miłość w zdaniach takie, ja te: „Zanim ją poznałam, nie umiałam patrzeć. Wszystko dla mnie to były słowa, słowa, słowa. A ona zmieniła moją wizualną wrażliwość. Dzięki niej patrzę bardziej świadomie”. Głębia relacji z matką, w jej złym i dobrym wymiarze, okaże się też ważna w życiu scenarzystki i reżyserki filmowej Chantal Akerman. Z kolei bliskość między kochającymi się osobami bije również w wątku „Muminkowej mamy” Tove Jansson i graficzki Idy Helmi Tuulikki Pietili, które spędziły ze sobą prawie pięćdziesiąt lat.
Miłość łączy się z cielesnością. Moc tego połączenia jest odczuwalna na przykładzie Fridy Kahlo. W „Kłirówach…” można przeczytać, że dla tej biseksualnej malarki akt seksualny był triumfem nad chorym ciałem: „Dla wielu osób był to swoisty dysonans poznawczy: jak osoba z niepełnosprawnością może być zarazem witalna i sprawcza? Ona przekracza w ten sposób własne ciało i kolejną tożsamość, aby szukać siebie między oczekiwaniami innych a tym, kim czuła się naprawdę. (…) Ponieważ kochała miłość”. Wymagało to z pewnością dużej siły – walka w tym świecie o siebie, i o to, w co się wierzy, o życie na swoich warunkach. Bycia pomiędzy kategoriami i przekraczanie ich.
Walka o kogoś i o coś, jak w przypadku Marshy P. Johnson („Chcemy, aby wszystkie osoby homoseksualne miały w Ameryce równie szanse i prawa jak osoby heteroseksualne. Nie chcemy, aby osoby homoseksualne były zatrzymywane za takie rzeczy jak seks czy cokolwiek innego”) oraz akceptację i pokochanie samych siebie – co widać choćby w słowach fotografki, dziennikarki i modelki Lee Miller: „Nie zmarnowałam choćby minuty mojego życia, ale znam siebie, kiedy musiałabym przeżyć je na nowo, byłabym bardziej wolna z moimi pomysłami z moim ciałem, z moją czułością”.
Sylwia Chutnik i Justyna Bilik w tych tekstach prezentują postacie powszechnie znane bardziej, jak Susan Sontag, i mniej, jak Maria Komornicka / Piotr Włast („Ludzkości!!! Nie-ludzka ludzkości, mordujesz niebacznie jedno z najlepszych swoich dzieci, bo nie potrafisz opanować gorszych”), Claude Cahun ze swoim pomysłowym bohaterstwem w czasie II wojny światowej, i Natalie Clifford Barney „jadącą po bandzie” na początku XX wieku.
Dają też poznać się same, jak w opisach poszukiwań „swoich” postaci, jakby w myśl własnych słów: „Od szukania cech wspólnych o wiele ciekawsze jest pytanie o to, co zebrane w niniejszej książce postaci znaczą dla nas samych i dla nas współcześnie”. Jest pisanie listu do Chantal Akerman. Jedzenie jabłek nawożonych Virginią Woolf („Rozczarowanie: smakowały zwyczajnie. Nie wiadomo było tylko, co zrobić z ogryzkami. Wyrzucić, zakopać? Zasuszyć na pamiątkę? Wylądowały w rowie, może wyrosną z nich kolejne jabłka”) i proszenie ją o pomoc. Otwieranie się pod wpływem jednego zdania autorstwa poetki jidysz Debory Vogel („Lila i białe łany kartofli pachną perkalową nudą”) i inspirujące przypominanie słów Adrienne Rich: „Zdobywajcie wszelką możliwą wiedzę i umiejętności w każdym zawodzie, ale pamiętajcie, że większość waszej edukacji musi polegać na samokształceniu, nauczeniu się rzeczy, które kobiety muszą wiedzieć, i na przywoływaniu głosów, które musimy usłyszeć o sobie”. A jeśli akurat w pobliżu nie ma nikogo, kto by zlizał sok z arbuza ściekający po ręce aż do łokcia, arbuza kupionego w pobliżu domu Fridy Kahlo, można z satysfakcją wodzić językiem samemu po własnej skórze.
Choć byłoby dobrze, by w pobliżu był ktoś, kto zrobi to za nas dla obopólnej przyjemności.
Barbara zapamiętała babcię jako artystyczną duszę, która w wolnych od pracy chwilach wytwarzała sztukę – malowała ceramikę i obrazy. „Jej największym obrazem był wymarzony dom: mała chatka z czerwonym dachem nad jeziorem pod ośnieżonymi szczytami gór. Z tyłu, w ogrodzie, rosły eukaliptusy. Kochałam ten obraz i jego bohaterkę, stojącą tyłem do obserwatora, obok chatki; zawsze myślałam, że umieściła na obrazie samą siebie”. Barbara widziała, że babcia oddziela konieczność zarabiania pieniędzy od wytwarzania sztuki, która była dla niej ucieczką od rzeczywistości. Chciała być jak Anna, nie stracić autentyczności, ciekawości świata i prawa do marzeń.
Rafał Kowalski © 2025
Sylwia Chutnik i Justyna Bilik, Kłirówy. Te, które złamały zasady, Wydawnictwo Osnova Publishing 2025, ss. 232
