Jego nie było, ale ona nadal żyła w jego orbicie. Był najważniejszym punktem odniesienia. (…) Cała jej miłość znajduje ujście w słowach: „Kiedy odszedłeś / oślepłam podwójnie”. (…) Dochodzi nawet do tego, że rozważa, czy jest sens dalej żyć, zaplątana w ślepotę i żałobę, czy taki byt jest cokolwiek wart. (…) Jest też w tomie >>Na żywo<< wiersz, wspaniały, który sprawia, że nagle widzę, jak ona wsuwa rękę pod jego ramię w skórzanej kurtce i ruszają w miasto. Stuk laski, skrzypienie tramwaju, jej śmiech: „Chwytałam / rękaw skórzanej kurtki / najprzyjaźniejszy / w świecie / a w granatowej torbie / leżały / róże / pomidory / ogórki / i lataliśmy / z tą torbą / po Warszawie / za szczęściem”.
Justyna Sobolewska między okładkami tej książki (wydanej przez Wydawnictwo Znak) próbuje zmieścić na przykład Mirona Białoszewskiego – choćby jego zachętę do wyjścia do świata dzięki pisaniu. Życie podzielone na okresy kolorów i Władysława Broniewskiego, który dzwoni w Wigilię przy padającym śniegu. Morze w Sopocie i zaniedbany cmentarz, radość z odkrycia kaset i kapci; walkę o przeżycie, prawdę o fotelu, myślenie o tożsamości. A przede wszystkim swoją tytułową babcię, w której próbuje zanurzyć się jak na dno oceanu.
W świecie kultury znana jest twórcza przyjaźń/miłość Jadwigi Stańczakowej i Mirona Białoszewskiego – utkana z ich wspólnych nagrań (często zabawnych), awantur, zwierzeń, spacerów, motywacji do pisania. Ale i z tego, że Jadwiga nie chciała być tylko „ślepą towarzyszką Mirona”, dlatego walczyła o własną twórczość („Miała w sobie ukryte tęsknoty, które dzięki Mironowi odważyła się zrealizować”). Jej wnuczka chce pójść tą drogą. Udowodnić, że życie jej babci to nie tylko splot losów Jadwigi i autora „Pamiętnika z powstania warszawskiego”.
Justyna Sobolewska pisze więc o zdolnej dziewczynce, która nie była rozpieszczana; słyszała, że musi być szczęśliwa, ale tkwił w niej cień (motyw rozmów ze swoim wizerunkiem na fotografii). O studentce zderzającej się z gettem ławkowym, słyszącej od Marii Dąbrowskiej: „Studenci mają w oczach blask. Wydaje im się, że to objaw głodu wiedzy. Ale to oznaka głodu życia”. Aktorce-amatorce gającej rolę życia w otoczeniu okrutnych Niemców, bezwzględności polskich szmalcowników i ludzi w tramwaju, którzy „ze swojaków przekształcili się nagle w las. Las, który jednocześnie chronił i groził”. O kobiecie tworzącej się na nowo poprzez pisanie reportaży i wierszy, bycie matką z problemami rodzinnymi, obecność ojca i nieobecność brata, walkę o siebie z postępującą chorobą oczu.
Życie Jadwigi to również jej więź z Justyną. Poddawanie się babci „apodyktycznym zapędom” wnuczki, wchodzenie tej pierwszej pod biurko i stół. Rozmowy o sukienkach, przyjaźniach, robieniu siku po stosunku („Kiedy przeżywałam dramatyczne rozstanie, wspierała mnie, jak mogła. Mówiła mi wtedy, że klęski też się liczą. Po czasie wiem, że to prawda”). Wspólne czytanie książek na głos. Justynowe prowadzenie Jadwigi przez ulicę, kiedy ta pierwsza ma pięć lat („Wywaliłyśmy się na Wspólnej. Było dużo śmiechu”). Przykre nieporozumienia. Różnice, podobieństwa, odkrywanie Babcinych zapisków z myślą, że obie jednak mają ze sobą wiele wspólnego.
Justyna Sobolewska w tej książce szuka, czasem trafia na coś istotnego. Raz sama, jak na wspomniane zapiski i kasety magnetofonowe z ich zawartością słuchaną również podczas choroby („Ze wzruszenia ściska mnie w gardle”). Innym razem – dzięki pomocy Wojtek Szot i Anny Przybyszewskiej-Drozd z działu genealogicznego Żydowski Instytut Historyczny / Jewish Historical Institute w Warszawie (swoją drogą, ona swego czasu pomogła mi, kiedy pracowałem nad książką „Iluj. Genialny młodzieniec”) – poznaje prawdę o rodzinie Sztrancmanów: jej sukcesach, samobójstwach, konflikcie między rodzonymi braćmi.
Autorka dzieli się też takimi słowami, jak belotka, sabadyla, balsaminka. Działającymi na wyobraźnię obrazami: niewidomych podających sobie cegły, kliniki lalek, śniegu prószącego na ulicę Krochmalną, fajerwerków na przywitanie nowego roku 1939. I przemyśleniem, że to dobrze, że zmarli przychodzą – i jedyne co możemy im dać, to o nich pamiętać, wymawiać ich imiona.
Najważniejsze dla niej było to, że znowu może pracować i że wejście w świat niewidomych dodało jej sił. (…) Najszczęśliwsza była, kiedy mogła jako reporterka pojechać na Hel do niewidomego Kaszuba, rybaka, który zajmował się wyplataniem sieci. (…) We wsi szybko im pokazali chatę >>ślepego Alojza<<. Nie było magnetofonów, lektorka nie robiła notatek, więc Jadwiga mogła liczyć tylko na swoją pamięć. Długo rozmawiali o życiu po niewidomemu. Okazało się, że rybak (…) ma jedno marzenie – zegarek brajlowski, bo nie wiedział, która godzina. Jadwiga nie miała pewności, czy rybak przeczytał potem reportaże o sobie, ale dopilnowała, żeby Związek Niewidomych mu ten zegarek przysłał.
Rafał Kowalski © 2024
Justyna Sobolewska, Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024, s. 400
