(…) wydawała się nie pasować do żadnego znanego mi równania. (…) Później, w łóżku, leżałem tak blisko niej, że jej skóra, ze wszystkimi tymi drobnymi szczegółami, znamionami i przezroczystymi maleńkimi włoskami, wyglądała jak powierzchnia planety oglądanej z pokładu samolotu. (…) Podniosła się na łokciu, podciągnęła kołdrę. – Przecież ja bym chciała ci pomóc. (…) Parzyłem tę kawę dłużej niż zwykle. Wreszcie przyniosłem do łóżka tacę, filiżanki i dzbanek, usiadłem. (…) odsunęła to wszystko daleko od nas i tylko ocierała mi twarz, a ja mówiłem.

Jedna z postaci w tej książce przyznaje, że nie potrafi jasno określić celu, w jakim rozpoczyna pisanie. Po czym dodaje: „Być może to niepokój na myśl o kolejnych uciekających dniach i dziwna jakaś potrzeba schwytania ich, zatrzymania na zawsze”. Nie wiem, czy to credo samego Jakuba Małeckiego. W każdym razie w swojej najnowszej powieści (wydanej przez Wydawnictwo SQN) miksuje ze sobą czasy, miejsca i formy literackie, dodaje element nadprzyrodzony. Wydaje się jednak, że najważniejsze jest tu coś przyziemnego, zarazem najprostszego i najtrudniejszego: otworzenie się, rozmowa, pragnienie bycia wysłuchaną/wysłuchanym.

Ta książka w pewnym sensie przypomina zabawę z rysowaniem kredą iksów na chodniku. Jeden z nich, za którym kryje się na przykład krzyk dziecka na pokrytym lodem Bałtyku, dostrzega ktoś na miotanej burzą zbieraninie „drewna, żagli i lin, którą co poniektórzy tutaj mają śmiałość nazywać okrętem”. Czynność, którą wykonuje, jest kolejnym iksem zauważonym później przez pewną kobietę. I tak dalej…

Za tym zamysłem Autora kryje się coś więcej. Choćby zachowanie kobiety, która nie potrafi wyjaśnić, czemu tak, a nie inaczej zachowuje się wobec mężczyzn. Być może odpowiedzią jest jej pragnienie miłości „[S]zalonej, niepoprawnej, wbrew światu”, bo „jaka inna warta jest, by jej poświęcić życie?”. Być może nie… Pewien mężczyzna zanurzony w mierzalnym świecie liczb, któregoś dnia nie idzie do pracy i mówi do kobiety, że „nie potrafi zmieścić w sobie dwóch tak wielkich światów jak szyfry i ja”. Inna postać tęskni za swoim wujkiem, alkoholikiem i awanturnikiem, który potrafi zachować się dobrze w czas próby, kocha książki i tę pasję umie zaszczepić w drugiej osobie. Właśnie na wujkowym przykładzie widać, że Autor stara się nie tworzyć postaci jednoznacznych. Dlatego wspomnianemu specjaliście od szyfrów zdarzy się też negatywne zachowanie wobec drugiej osoby.

Można mieć poczucie, że dla Jakub Małecki w tej książce życie jest ciągłą nauką. Ojciec nie rozumie pasji syna polegającej na zapisywaniu numerów tablic rejestracyjnych. Żartuje z niej, zamiast na przykład potargać mu włosy z uśmiechem; szczęśliwie innym razem umie powiedzieć do swojej latorośli: „Bo gdybyś kiedyś… zawsze możemy sobie pogadać, wiesz”. Proste słowa, a jakże istotne. Podobnie jest w przypadku podejścia kobiety wobec mężczyzny, który jest w niej zakochany („Czekałem, kiedy coś się zepsuje, ale nic się nie psuło”) – jednak, być może, potrzebuje on odpowiednich słów i gestów, by się przed nią otworzyć.

Najlepiej, gdy takie sytuacje dzieją się na bieżąco, kiedy nie jest za późno („Czasami chciałbym z nim porozmawiać, poprosić, żeby wyjaśnił mi to czy tamto, mam wrażenie, że zna odpowiedzi na wiele pytań, tylko nie sposób ich z niego wydobyć”)… Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, ale na pewno warto spróbować. Bo jeśli się uda, nie muszą być potrzebne elementy nadprzyrodzone; albo umiejętność odczytywania prawdopodobnego dalszego przebiegu wieczoru z odgłosu zamykanej szafki w kredensie.

Na pytanie o jego marzenia, zadane przy kolacji w dniu urodzin, doparł z ociąganiem, że chciałby wiedzieć, jak wiele miejsca na papierze zajmowałby zbiór równań, który dawać będzie jednocześnie odpowiedź na pytania o istnienie Boga, pogodę w Gdańsku za miesiąc i o to, dlaczego dziś podczas obiadu wybrano kompot śliwkowy, a nie z jabłek. Cała ta perfekcyjna konstrukcja, ten gigantyczny, skomplikowany pałac przyczyn, skutków i zależności, był jego zdaniem zbyt doskonały, by miał nie podlegać ustalonym z góry, sztywnym i niezmiennym regułom.

Rafał Kowalski © 2024

Jakub Małecki, Korowód, Wydawnictwo SQN, Kraków 2024, s. 256