Przybiegł do mnie na trybunę prezydencką dzielny sierżant, który oznajmił mi: „Proszę pana, jest tam prywatna osoba, która podaje się za rumuńskiego księcia. To musi być jakiś żartowniś. Jest całkiem sam i sam prowadzi samochód. Chcemy go wziąć na posterunek za naruszenie przepisów”. Natychmiast tam pospieszyłem; książę wyglądał na zachwyconego. „Dlaczego pan przyszedł? – zwrócił się do mnie. – Właśnie mieli mnie zabrać na posterunek, to byłoby bardzo zabawne!”. W każdym razie na pewno nie dla strażników, co było widać po ich minach….

Nie wiem, czy Daniel Lis przed premierą tej książki (wydanej przez Wydawnictwo AGORA) drżał, że ktoś go uprzedzi… Przecież w 2024 r., roku z Igrzyskami Olimpijskimi w Paryżu mija sto lat od Igrzysk również w stolicy Francji – to w nich po raz pierwszy w historii wzięła udział reprezentacja Polski; temat więc jak się patrzy… W każdym razie postanowił opowiedzieć o tym językiem reportażu, dzięki temu szkielet suchej statystyki nabrał ciała i ożył.

Widać to już w pierwszym akapicie: Autor pisze, że gdy część amerykańskich sportowców wraca z Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku, na statku wespół z nimi płyną zwłoki niemal tysiąca trzystu żołnierzy… Właśnie w tych zawodach miała wystartować polska reprezentacja. Nie doszło do tego, bo krajowi nad Wisłą zagroziła inwazja ze wschodu.

W wojnie z bolszewikami bierze udział Adam Królikiewicz, jedna z głównych postaci w tej książce. Słusznie, bo zdobywca pierwszego polskiego medalu olimpijskiego w konkurencji indywidualnej to postać nietuzinkowa. Daniel Lis odwiedza jego wnuka, scenarzystę i pisarza Cezarego Harasimowicza, i widzi ścianę gabinetu, która może budzić zazdrość. Pisze na przykład o zdumieniu, jakie Królikiewicz wywołał, kiedy jako nikomu nieznany jeździec wygrał zawody w Warszawie – w nich pokonał nawet Karola Rómmla (uczestnika Igrzysk w Sztokholmie w 1912 roku jako reprezentanta Rosji). Autor „towarzyszy” Królikiewiczowi podczas Igrzysk w Paryżu, na planie „Popiołów” Andrzeja Wajdy i w więzieniu przy Montelupich – kiedy w uwolnieniu więźnia pomagają Niemcy, bo rozpoznali w nim wybitnego sportowca. Lis rzuca też światło na wzruszającą więź, która łączy jego bohatera z końmi, zwłaszcza z Jaśkiem i Picadorem.

W „Pierwszej drużynie” Pierre de Coubertin, twórca nowożytnego ruchu olimpijskiego „siada przy biurku i kładzie przed sobą cyrkiel, grafit i gwasz (kolorowe farby wodne). Kartka papieru, która leży przed nim, jest biała i ma wymiary dwadzieścia jeden na dwadzieścia siedem i pół centymetra”. Tak powstanie pięć słynnych kółek połączonych ze sobą… Jest Ernest Hemingway jeszcze bez dorobku powieściowego; w Paryżu „próbuje swoich sił w opowiadaniach, choćby na wyścigach kolarskich”. Również „Latający Fin”, czyli wybitny biegacz Paavo Nurmi zwany „Wielkim Niemową”, podczas zawodów regulujący swoje tempo zegarkiem trzymanym w dłoni.

W Mieście Miłości w 1924 są też polscy piłkarze nożni (reprezentatywka), których los w przyszłości rzuci na przykład do Katynia i lwowskiego getta. Swoich sił próbuje szpadzistka Wanda Dubieńska, jedyna kobieta startująca w polskiej ekipie, znana z obrazów Jacka Malczewskiego i Stanisława Wyspiańskiego. Są szermierze obracający się kręgach inteligenckich i artystycznych (autor sporo miejsca poświęca zwłaszcza Adamowi Papéemu). Zapaśnicy przez niektórych mało poważani, bo ich dyscyplina kojarzy im się z cyrkiem. W składzie osady czwórki ze sternikiem są robotnicy i ułan – niedługo po robotniczej manifestacji w Krakowie w 1923 roku, którą tłumił m.in. 8 Pułk Ułanów… Są wreszcie kolarze, którzy w Paryżu sięgnęli po srebrny medal w wyścigu torowym na dystansie czterech kilometrów. Wiktor Junosza w tygodniku „Stadjon” napisał, że byli tymi, co „najmniej hałasu robili przed wyjazdem, ale za to może najsumienniej i najsolidniej się szykowali do walki”.

Właśnie sięganie do ówczesnej prasy wydaje się jednym z najlepszych pomysłów Daniela Lisa na tę książkę (należy do nich również wykorzystanie wielu interesujących fotografii). Można się pośmiać choćby z takiej informacji w „Przeglądzie Sportowym”: „Dowiadujemy się, że znakomity nasz szermierz, p. Winkler, dokonał epokowego odkrycia, gdyż wynalazł budzik do przerwania śpiączki Polskiego Związku Szermierczego (…)”. Jak też z rozbuchanych ambicji i niekompetencji niektórych działaczy sportowych (problem odwieczny, niestety) – o czym przekonał się nawet wybitnie wszechstronny Wacław Kuchar. Również z organizacyjnych wpadek, problemów podczas przygotowań, rywalizacji dziennikarzy z różnych stron Polski… Ale choć Polacy do Paryża sto lat temu pojechali bardziej po naukę, a nie sukcesy, na szczęście – jak sugeruje Daniel Lis – nauka ta w większości nie poszła w las. Udowodnili to już podczas kolejnych Igrzysk, w Amsterdamie w 1928 roku, ale to już temat na inną opowieść.

Franciszek Szymczyk, rocznik 1892, ma mnóstwo energii, którą – gdy patrzy się tylko na zdjęcia – trudno pogodzić z melancholijnym spojrzeniem gwiazdy kina niemego. Z wykształcenia chemik, inżynier. Pytany o pierwszy kontakt z kolarstwem, opowiadał: „Tak się szczęśliwie złożyło, że Gimnazjum Realne przy ulicy Jezuickiej w Warszawie, do którego uczęszczałem, ukończył kolarski mistrz świata, notabene Niemiec [Willy] Arend. Fakt ten działał na naszą wyobraźnię. Każdy chciał mistrzem kolarskim i szukał okazji do ścigania się”.

Rafał Kowalski © 2024

Daniel Lis, Pierwsza drużyna. Paryż 1924. Polski debiut na igrzyskach olimpijskich, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2024, s. 352