W zatoce zatopiono wiele parowców, ich maszty wystawały z wody podobnie jak końskie łby z zamarzniętego Zalewu. (…) W porcie stał mur milczących ludzi, mających nadzieję na cud, oczekujących, że przypłynie jeszcze jakaś łódka i zabierze ich na ostatni statek. Ten stał na redzie, jego szara sylwetka wyglądała jak wycięta z tektury. Każdy z osobna wyczekiwał cudu, wszyscy razem zaś cisnęli się do wody, by cud ten mógł się dokonać. Na statek! Przez morze! Do Danii… Może dopisze nam szczęście? Truskawki z bitą śmietaną, dlaczego nie?

Stanęli jak na Sądzie Ostatecznym i czekali na wyrok.

Ostatnia powieść Waltera Kempowskiego (wydana przez Wydawnictwo Art Rage, przetłumaczona przez Małgorzata Gralińska) jest przede wszystkim o bolesnym zdziwieniu. Zdumnieniu pogardzającego, że jego postawa wobec innych ludzi, masowo i w pojedynczych sytuacjach, może się dotkliwie zwrócić w jego stronę. Niemiecki pisarz opowiada o losach swoich rodaków – mieszkańców Prus Wschodnich w 1945 roku; jednocześnie jakby sugeruje: wyciągajcie wnioski z historii.

Cudzoziemskich robotników miejscowi mieszkańcy nazywają „hołotą”. Skrzypaczka odwiedzająca dwór dziwi się, że służący tam Polak „może, ot tak, wchodzić tu i wychodzić. Przyznawać tym ludziom prawa, o których mogliby sobie jedynie pomarzyć gdzieś tam u siebie na stepie?”. Pan domu nie raz wymierza policzek służącym Ukrainkom („Tych ludzi od samego początku należy trzymać twardą ręką”), nawet jeśli przybyły do pracy dobrowolnie.

Doniesieniom o tym, co Niemcy robią na masową skalę albo się nie wierzy, albo przyjmuje za rozpuszczanie wrogich treści, albo odpycha od siebie („Późną nocą głosy zniżyły się jednak do szeptu: rozmawiano o Żydach. – To się zemści… – Nie mam przesadnie wysokiego mniemania o tych typach, ale… – Dobrze, nie mówmy już o tym…”). Wypieranie widoczne jest też choćby w reakcji miejscowych ludzi na widok uwięzionych – to ich oskarżają o to, że zbliżają się Rosjanie niosący zagładę ich świata: „Więźniów zewsząd otaczały wrogie spojrzenia. – To ich wina! – myśleli ludzie. To oni podburzyli przeciwko nam cały świat, to oni wzniecili ogólny pożar”. Wśród tych więźniów jest mieszkanka dworu, która ośmieliła się na jedną noc ukryć rodaka żydowskiego pochodzenia.

Rezultaty takiego postępowania rodzą poczucie krzywdy i zemsty. Swoje też robią brak czułości i surowe wychowanie. Pan dworu odsuwa dziecko, kiedy te zarzuca mu ręce na szyję. Syn podrzuca matce swoje utwory poetyckie; ta przegląda je pobieżnie i nie zająka się na ich temat ani słowem. W opuszczonej szkole – z listami nieobecności, planem lekcji, zeszytami z wypracowaniami – jest spis kar: „za kłamstwo trzy uderzenia kijem”. Syn nazistowskiego służbisty wbiegał „z kwikiem po schodach, a potem szlochał w swoim pokoju”. Żona barona obcina mu paznokcie u nóg, a on krzyczy na nią: „Stara krowo!” i molestuje służącą…

W rezultacie sypie się świat dotychczasowych mieszkańców Prus Wschodnich. Z ich bibliotekami i obrazami z namalowanymi przodkami, ogrodem zimowym i trofeami myśliwskimi, cennymi meblami i porcelanowymi wazami, herbami i drzewami genealogicznymi, rzadkimi znaczkami, łyżkami ze srebra próby osiemset, wielkim radioodbiornikiem z magicznym okiem. Mentalnością służbistów do samego końca. Paw, niczym symbol tego świata, umiera i nawet nie można go pochować w zamarzniętej ziemi, leży na klepisku. A uchodźcy okradają swoich umarłych rodaków… Taki świat widzi chłopiec, kiedy odrywa wzrok od mikroskopu. Zresztą w krwi ciotki oglądanej przez to urządzenie nie odkrywa żadnych tajemnic.

Ta książka ma nie tylko jej tłumaczkę na język polski, ale właściwie – współautorkę. Wystarczy spojrzeć na przypisy, by przekonać się, jak bardzo Małgorzacie Gralińskiej chciało się wyjaśnić, że na przykład w filmie To była upojna noc na balu zagrała Zarah Leander – szwedzka aktorka i piosenkarka, która zrobiła karierę w hitlerowskich Niemczech; że tak zwane brunatne siostry nie tylko opiekowały się chorymi, ale również brały udział w programach sterylizacyjnych; że dziewiętnastowieczna „Pieśń stróża nocnego” brzmi: „Hej! panowie gospodarze? / Już dwunasta na zegarze; Komu boleść serce kraje / I noc spoczynku nie daje, / Niech tego Bóg uspokoi, / Niech mu rany serca goi”. Do tego z wyczuciem serwuje zwroty: hrabia Wal-go-deską; morowa dziewczyna; śmiali się w kułak; Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa, ten kryje!; Pij, bracie, pij, na starość torba i kij?… I przybliża barwy życiorys Waltera Kempowskiego, kolekcjonera niemieckich wspomnień, archiwisty pamięci zbiorowej swoich rodaków.

Żydowski bohater jego książki bierze w dłoń Księgi pieśni Heinricha Heinego, niemieckiego poety żydowskiego pochodzenia – staromodne wydanie w czerwonej, skórzanej oprawie ze złotym nadrukiem – i kładzie w określony sposób, jakby chciał oznajmić: „Oto poeta… Jego powinniście słuchać…”. Być może w domyśle: nie Hitlera, lecz Heinego, który przecież powiedział, że tam, gdzie pali się książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi.

Przed klasztorem stały wozy drabiniaste wyłożone świeżą słomą. Na wozach umieszczano starców – wszyscy bez wyjątku ubrani byli na czarno – oddzielnie mężczyzn i kobiety. Przesuwano ich, sadzano, układano. (…) Niektórzy trzymali w ręku jabłka, dar od Czerwonego Krzyża. Wyglądało to tak, jakby każdy z nich dzierżył w dłoni jabłko królewskie, a jego laska była berłem. Kiedy wszyscy zostali już usadowieni i ułożeni na wozie, przykryto ich warstwą słomy. (…) Z pewnością wspominali również swoją piękną Tylżę. Latem siadywali zwykle przed domem i spoglądali na konie udające się do wodopoju. (…) W Tylży zawsze świeciło słońce. W Tylży zawsze przy płocie rosły słoneczniki.

Rafał Kowalski © 2023

Walter Kempowski, Wszystko za darmo, przełożyła Małgorzata Gralińska, Wydawnictwo Art Rage, Warszawa 2023, s. 382