Podróż wskazówki potencjometru przez trzaski i szumy radiowego eteru była naprawdę podróżą planetarną, głosy, które wydobywały się z nicości, objawiały się jak kolorowe wyspy w mgłach oceanu. Bywało, że nie potrafiłem rozpoznać języka, w jakim nadawano przypadkowo spotkaną na falach audycję i długo zgadywałem, wciągając w to zgadywanie Ojca. Obstawialiśmy różne narzecza, wyobrażając sobie przy okazji te dalekie i nieznane kraje z ich ruchem ulicznym, technicznym zaawansowaniem pozwalającym na wysyłanie w świat tak silnego sygnału, tak ważnego przesłania, że musiało dotrzeć aż do nas.

Wysoki blok z wielkiej płyty zamieszkały przez bohaterów tej książki autorstwa Tomasz Różycki (wydanej przez Wydawnictwo Czarne), choć stoi w określonym miejscu (Polska) i czasie (późny komunizm) – czasem zdaje się być oddzielnym bytem: niby okrętem manewrującym w dymach i smogu, statkiem kosmicznym „dryfującym w przestrzeni poza naturalną rzeczywistością ziemską”, przeciętym szczeliną na pół – przez co obie jego połówki jakby przesuwały się w przeciwnych kierunkach. Z mieszkańcami mającymi swoje słabości, zalety, marzenia.

Blok niczym statek kosmiczny, ale nie ma w nim ufoludków. Jest „pan złota rączka”, który nigdy nie odmawia pomocy, tylko czasem pozwala sobie na komentarz w stylu: „Naukłada sobie długopisów na biurku, a nie potrafi kibla przepchać, taki mądrala”. Jest mężczyzna przez długie lata wdychający wapno, a teraz nie może wdychać czystego powietrza, bo mu zimno w płuca. Również kobieta ukrywająca lalkę, którą czasem, kiedy nikt nie widzi, wyjmuje i przytula albo przynajmniej na nią patrzy – tak rekompensuje sobie brak córki. Ludzie o nazwiskach Czartoryska, Radziwiłł, Lanckorońska, Ajwazowski, Penderecki…

Są w różnym wieku. Chory chłopiec konstruuje maszyny latające, jak mały samolocik wyposażony w silniczek z turbiny skręconej gumki. Marzy, by na jednej z tych maszyn któregoś dnia polecieć w górę… Zaś zdolny ekonomista z wykształcenia „szybko po studiach pojął, że ekonomia socjalistyczna stosowana przez rządzącą nami partię nie ma nic wspólnego z nauką o ekonomii, a kariera w tejże gałęzi gospodarki ma za to wiele wspólnego z ekonomią przetrwania – czyli nauką oszczędnego gospodarowania własnymi siłami, aby nie zużyć ich do celów nieprzynoszących natychmiastowych pochwał ze strony kierownictwa partii”. W rezultacie jego życie się zawala; jest zmuszony sprzedawać swoje cenne książki w zamian za pieniądze na alkohol.

Używanie zsypu budzącego grozę i radzieckiego prodiża. Długie stanie w kolejce pod sklepem i posiadanie telewizora z ponad dwunastoma rodzajami śnieżenia. Balkony („Miewałem takie sny: że chodzę po balkonach jak po schodach Piranesiego”), karaluchy i inne zwierzęta; tajemniczy bogowie (w chorobie stajemy się do nich podobni, przebóstwiamy się) i fascynacja ogniem. Przechodnie prezenty i miłość chłopaka nie odwracającego wzroku na widok dziewczyny z bliznami – zamiast tego patrzenie z zachwytem na ich posiadaczkę…

Bohaterowie „Złodziei…” mają do czynienia z sytuacjami prostymi i codziennymi. Autor z dużą wyobraźnią i sprawnością językową przedstawia je tak, jakby chodziło o coś znacznie więcej. Na przykład pisze o kuchni jako pieczarze buchającej parą wodną, i o pralni, w której „postacie mojej Matki i Ojca zdawały mi się olbrzymie i wspaniałe – z błyszczącą od wilgoci unoszącej się w powietrzu skórą, skędzierzawionymi włosami”.

Zacinająca się i popalona winda jednemu z bohaterów śni się wielokrotnie – jedzie nią „w jakąś raczej nieskończoną podróż w górę, daleko poza dach, bądź przedziwną plątaniną korytarzy i ponurych kanałów prowadzących do kolejnych kanałów i do kolejnych, na kształt niekończącego się nigdy labiryntu”. Natomiast ściana zajęta grzybem jest jak niesamowita mapa: „Wypukłości i wgłębienia, bruzdy, wyżłobienia i garby, szorstkości i gładkie powierzchnie wyczuwalne na jej powierzchni pod palcami doskonale odwzorowywały teren. Przesuwanie po niej opuszkami pozwalało na bardzo bliskie, dokładne czytanie, którego wyrafinowaniu nie dorównywał żaden inny sposób obcowania z mapami”.

Ojciec jednego z bohaterów – mimo że przez mnóstwo metalowych opiłków, które w pracy wbiły mu się w skórę na zawsze, przez co w słońcu wygląda jak postać księżycowa – wciąż pozostaje zwyczajnym człowiekiem, mieszkańcem wysokiego bloku z wielkiej płyty, jednym z wielu wyjątkowych na swój sposób.

Czasem brodziłem w dymie, nurkowałem w odmętach i wyjmowałem z uśpionych dłoni biesiadników kawałki niedojedzonego ciasta czy wędliny. Niekiedy nawet udawało mi się spijać resztki z kieliszka, ale niezwykle rzadko – jakimś cudem bowiem niemal zawsze ten odgłos ich budził na powrót do świadomości i dalszego świętowania. Patrzyli na mnie przez chwilę wzrokiem osób, które wróciły z podróży gdzieś bardzo daleko, prawdopodobnie na Księżyc. Wreszcie uśmiechali się szeroko lub zaczynali coś mówić – nim jednak głos w postaci bąbli powietrza naładowanych gęgającymi głoskami wydobył się z ich ust na zewnątrz, ja już na powrót nurkowałem w białej mgle, znikałem w dymie.

Rafał Kowalski © 2023

Tomasz Różycki, Złodzieje żarówek, Wydawnictwo Czarne, Wołowie 2023, s.

Najlepszą cenę na tę książkę możesz znaleźć w serwisie 3tam.pl