Lise przypomniała się matka. „Jesteś za brzydka”, powiedziała, kiedy trzynastoletnia Lise chciała iść z nią i ze starszym bratem na bal. A teraz oni wszyscy już nie żyli i to była prawdziwa samotność. To, że nie ma już nikogo, z kim można by porozmawiać o swoim dzieciństwie. Tylko ona mogła wspominać tamtą wyspę – pokój, który zdawał się unosić gdzieś między ziemią a niebem, mieszczący tych troje ludzi, którzy na zawsze uformowali jej los. Czy kochałaby Vilhelma równie mocno, gdyby nie był podobny do jej matki?.

Tove Ditlevsen, jak w zbiorze swoich opowiadań „Moja żona nie tańczy” (polska premiera w 2022 r.), również w powieści „Pokój Vilhelma” (2026 r., obie publikacje wydało Wydawnictwo Czarne w przekładzie Iwony Zimnickiej) o relacjach międzyludzkich pisze prosto i boleśnie głęboko. Książki te wydają się być przesycone sugestią Autorki, że – niewykluczone – wiele nieszczęść bierze się z braku zainteresowania ludzi tym, co dzieje się z ich najbliższymi. Przez to, że nie reagują na bieżąco, na pewne rozwiązania może być za późno.

Tymczasem, bywa, wystarczy niewiele, jak starszej osobie w jednym z opowiadań w „Mojej żonie…”; ona pragnie ujęcia swojej dłoni przez kogoś bliskiego. Można – zdaje się sugerować Ditlevsen – chcieć usłyszeć taką osobę, dziecko, które coś rozbiło, kobietę sprzeciwiającą się „sekretnemu prawu, sterującemu jej życiem wewnętrznym”… I te postacie, które we wspomnianym zbiorze opowiadań duńskiej pisarki bywają dominowane i nieszanowane przez mężczyzn, leczących w ten sposób swoje kompleksy.

W „Pokoju Vilhelma” jednej z bohaterek w jej dzieciństwie i dorosłości nie chce słuchać jej matka. Kiedy w tej książce ktoś zaczyna odnosić sukcesy, ze strony najbliższej osoby spotyka ją zawistne sugerowanie, że bez tej osoby ten ktoś byłby nikim. To może boleć, rodzić i potęgować problemy psychiczne. Jak w przypadku tej kobiety, której mąż „o twardych dłoniach i kamiennej twarzy, w której nigdy nie pojawia się szczelina” nie dostrzega, nie stara się zrozumieć, czemu jego żona klęczy „na jakimś tylnym podwórzu z przyciśniętym mocno do siebie kociakiem”. Nie słyszy jej krzyku przechodzącego w „czkający dziecinny płacz”. Zamiast tego woli zapewniać, że ta kobieta wiedzie spokojne życie, a jej codzienne zajęcia „pod żadnym względem nie wymagają od niej pracy ponad siły”.

Jest w tej powieści przeczucie rozpadu, pustka między słowami, obawa przed odrzuceniem. Przypisywanie innym ludziom tych samych podłych cech, które samemu się posiada. Świadomość konkretnych osób, że przestają sobie wystarczać. Zanikanie obrazujące się sceną z mężczyzną i kobietą, kiedy jedno z nich zaczyna się „wydawać jedynie zacienionym konturem, podobnie jak spowite mgłą domy za oknem”. Pojawia się niedojrzała bezradność, przesycenie wzajemnym brakiem zaufania, fragment wiersza Paula Verlaine’a (w przekładzie Bronisławy Ostrowskiej): „Łzy padają w serce moje, / Jak deszcz pada ponad miastem. / Jakież dziwne nieukoje / Przenikają serce moje?”.

W tym wszystkim; także wśród intymnych fałdek na prześcieradle, plamie na ścianie przypominającej „wydłużoną brudną łzę”, dotyku pościeli sprawiającym fizyczny ból, zdaniami mocno sugestywnymi, jak to: „Wpełzła w głąb siebie jak coś ciężkiego, co opada na dno beczki. Wszyscy już tam byli, wszyscy jej zmarli, których tak gorąco kochała” – jest miejsce na potrzebę bliskości boleśnie ranionej, upokarzanej, coraz bardziej przesyconej chorobą; krzyczącej, chcącej się wyrwać, być usłyszaną, póki czas. Tak, ona tam jest, lśni na dnie tego popiołu.

On wymaga od życia ciągłych wyzwań, nieustającego wewnętrznego napięcia jak u żołnierza śpiącego w butach, ponieważ nie wie, z której strony należy się spodziewać kolejnego ataku. Tę nieznośną potrzebę zaspokajał przy Lise w ich pierwszych wspólnych latach, gdy nieprzerwanie walczył o jej życie i zdrowie, a kiedy u niej potrzeba stymulantów spadła, w ich wspólne wieczory wkradła się zadziwiająca pustka, którą wypełnić mogły jedynie gwałtowne kłótnie o domowe rachunki, o posiłki czy o brakujący guzik przy koszuli.

Rafał Kowalski © 2026

Tove Ditlevsen, Pokój Vilhelma, przełożyła Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 184