George Frideric Handel: Messiah
Hilary Cronin, Helen Charlston, Alexander Chance, Nathan Mercieca, Guy Cutting, Frederick Long, Edward Grint, Irish Baroque Orchestra, Irish Baroque Choir, Peter Whelan (direction)
Linn Records, Outhere Music 2026, CKD7612CD, TT: 128’26”

Irish Baroque Orchestra, zbliżając się do trzydziestki, zdaje się coraz pewniej mówić jednym głosem — głosem, który pamięta tradycję, a jednocześnie nie boi się jej rozjaśniać. Ten Mesjasz, nagrany jesienią 2024 roku, brzmi jak owoc corocznie odprawianej tradycyjnej liturgii, która zaczęła się w Dublinie w 1742 roku, gdy w skromnej sali przy Fishamble Street zebrało się siedemset osób, by usłyszeć dzieło nowe i nieprzewidywalne. 

Peter Whelan wybiera obsadę kameralną, niemal miniaturową — trzynastu śpiewaków, którzy są zarazem chórem i solistami, oraz siedemnastoosobową orkiestrę, pozbawioną obojów i fagotu. Wszystko tu jest blisko, jakbyśmy zasiedli w pierwszym rzędzie dawnej sali koncertowej, gdzie liczy się oddech, fraza, najmniejszy ruch smyczka. Uwertura otwiera się miękko, jak delikatnie uchylane drzwi, a z niej wyrasta czułe „Comfort ye” w głosie Guy Cuttinga. Cała interpretacja ma w sobie coś z szeptu: mikrofony ustawione blisko wychwytują intymność, którą zwykle odbiera większy aparat wykonawczy. 

Hilary Cronin w „Rejoice…” przypomina, jak lekko może brzmieć radość, gdy nie przesłania jej monumentalność tradycji. A gdy Handel w „Thy rebuke” przechodzi trytonem z f‑moll do H‑dur, można poczuć, jak harmonia otwiera się niespodziewanie jak okno w burzowy dzień. 

Trójka altów — Charlston, Chance, Mercieca — tworzy własny pejzaż barw: jedni bardziej pastelowi, drudzy bardziej świetliści. W „How beautiful are the feet” ich duet jest jak dwa odbicia w wodzie, lekkie i naturalne. Whelan dba o tempo i o dramaturgię. „The trumpet shall sound”, choć długie, nie ciąży — brzmi jak droga, która wie, dokąd prowadzi. 

Chór wchodzi w „And the glory” kapitalnie jednolitym brzmieniem: dykcja, frazowanie, każda zmiana dynamiki wydaje się wypływać z jednego organizmu. A finałowe „Amen” jest jak spokojne westchnienie — nie triumfalne, lecz skupione. Wszystko to sprawia, że dublińska wersja Mesjasza uwalnia dzieło od przyzwyczajeń, które narosły przez dekady: od nadmiaru, od monumentalności, od pompatyczności. 

Efekt jest jasny: nagranie żywe, krystaliczne i poruszająco ludzkie. Mesjasz nie jako wielki posąg tradycji, lecz jako utwór, który znów oddycha. 

Robert Majewski © 2026 

Płyty można posłuchać w serwisie Apple Music.