Ludzie chętnie rozmawiali o swoich kłopotach? Chętniej niż dziś. Wymiana opowieści wydawała się bardziej naturalna niż teraz, kiedy chronimy nasze dane osobowe. Nie było barier: domofonów, telefonów stacjonarnych, a komórkowych jeszcze nie wynaleziono. Pukało się do drzwi, rozpoczynało się rozmowę, stojąc u płota.

Jeśli miałby powstać film na postawie tej książki (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo Znak) o Małgorzacie Szejnert – jednej z najwybitniejszych piszących dziennikarek polskich, wychowawczyni utalentowanych osób reporterskich, obchodzącej w tym miesiącu swoje okrągłe urodziny – mógłby się zacząć sceną pogrzebu, zabitego przez cenzurę, pisma „Horyzonty” na Krakowskim Przedmieściu: „Kondukt żałobny złożony ze studentów niesie na ramionach dziecięcą trumienkę – spoczywają w niej próbne wydruki pisma z żałobnym wierszem Henryka Grynberga o tragedii węgierskiej. Demonstracja zwraca uwagę kilkudziesięciu przechodniów”. Bo choćby przyszło tysiąc (na przykład politycznych i komercyjnych) atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów, i każdy nie wiem jak się wytężał, to nie przemoże siły prawdziwego słowa; taki jest jego nieśmiertelny ciężar.

Tytułowa bohaterka podkreśla, że prawda przedstawiona w sposób intrygujący, ciekawy i nawet osobisty nadal jest prawdą. Tą ścieżką stara kroczyć w swoich książkach i pojedynczych tekstach; choćby tych o ofiarach terroru stalinowskiego i żółwiach na Zanzibarze, mieszkańcach dzielnicy Giszowiec i arystokratach w powojennej Polsce, emigrantach na Ellis Island i rodzimych oficerach więzionych przez swoich rodaków. W jej rozmowie z reporterami Dorota Karaś i Marek Sterlingow (w pytaniach i spostrzeżeniach tego duetu jest nie tylko dobre przygotowanie, ale też na przykład dziwienie się z wyczuciem, kiedy pytają na przykład: „Co w tym było ciekawego?”) pojawiają się kolejne postacie; obok tych powszechnie znanych, jak Ryszard Kapuściński i Jan Urban, są persony rozpoznawalne mniej: wśród nich barwnie zachowujący się gospodarz Stanisław Król, niesłyszący od dziecka Andrzej Szejnert, stary flisak Bolesław Adamczyk, masarz Antoni Biernacki i jego szyneczka w kształcie serca, nauczyciel Edmund Szejnert zwalczający antysemityzm w przedwojennej szkole, zaopatrzeniowiec Stanisław Wiśniewski („nosił w drelichowej torbie piękny, stary tomik Mickiewicza. Czytał go pod stołem w momentach największego zamętu”). Jakby w nawiązaniu do sytuacji, kiedy Małgorzata Szejnert w studenckiej prasie czyta niewielki reportaż jej koleżanki ze studiów Hanny Krall o człowieku, który zbiera butelki; wtedy dochodzi do wniosku, że też chciałaby pisać o zwykłych ludziach.

W tej książce sporą rolę ogrywają również byty inne niż człowiek. Wśród nich płot w Mięćmierzu, który powinien „mieć sztachety obcięte w szpic albo na ukos. Broń Boże nie zaokrąglone albo na płask. Płot wiele mówi o właścicielu”. Również kwitnące kapryfolium, tenisówki smarowane pastą do zębów, piec będący duszą domu, który oddycha. Jest tu też miejsce na miłość wbrew obowiązującym konwenansom, godzenie pracy z samotnym wychowywaniem dziecka, przede wszystkim dwudziestowieczne zmiany w Polsce pod znakiem zachowań heroicznych bohaterskim i podłych, również kompromisów. Ta publikacja utkana jest z wydarzeń dużych, i tych codziennych, jak budzenie się o godzinie siódmej, ćwiczenia, porządkowanie i wyznanie: „Nie umiem nie robić nic. Brak zajęcia dezorganizuje mi dzień”.

Z tym wszystkim spleciona jest Małgorzata Szejnert z jej intrygującym słownictwem („Statek chybotał się nieprzytomnie”, „piękny relikt dawnej biedy”, „pani architekt nieprzytomnie się grzebie”, „Przepyszna legumina, która powabnie dygoce”, „Ich twarze (…) nie były jeszcze zapisane”), wciągającymi opowieściami, budowaniem się także niepowodzeniami, i pragnieniem, by „w miarę możności” zostawić po sobie porządek i dobrą smugę. Taką, której nie da się niczym zmyć.

„W styczniu 2007 roku miała w Austrii wypadek narciarski. Odebrała mnie ze szpitala karetka pogotowia z Tychów. Wieźli mnie nocą do Polski, kierowca z sanitariuszem, tęgie chłopaki w czerwonych kombinezonach. W pewnym momencie słyszymy w radio, że Kapuściński nie żyje. Oni zaczęli strasznie go żałować, jakby to był ich kolega. Szanowali go za to, co napisał. Zapytali mnie, czy ja wiem, kto to jest. Kiedy powiedziałem, że go znałam, to mimo bólu żeber musiałem o nim opowiadać. Całą drogę gadaliśmy o Ryszardzie i jego książkach”.

Rafał Kowalski © 2026

Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem, Chłodnia czyli grzejnia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2026, ss. 304