Siadała z grzebieniem – ona na krześle, mała na stołeczku, i czesała długie, białe, proste włosy Diny, słuchając radia. Wymyślała jej różne fryzury, zaplatała i rozplatała w nieskończoność. Dina siedziała zapatrzona w telewizyjne bajki, cicha i cierpliwa jak zawsze, a Luba Aleksandrowna głaskała ją po głowie i mówiła cicho: „Śniżynka, moja śniżynka”. Dina powiedziała mi kiedyś, że nie umie sobie wyobrazić przyjemniejszej pieszczoty.
Agata Romaniuk w posłowiu do tej książki (wydanej w tym roku przez Wydawnictwo W.A.B.) przytacza apel zaprzyjaźnionej z nią tłumaczki Olhi Makarowej, by „nie odwracać oczu, żeby udostępniać informacje z Ukrainy, dzielić się nimi, nie milczeć. Żeby pisać”. Autorka pisze więc powieść na ten temat, inspirowana sytuacjami ze swojego życia, i mimowolnie idzie tropem Serhija Żadana. Ukraiński pisarz w zbiorze swych opowiadań „Arabeski” skupia się nie na anonimowej grupie ludzi na polu bitwy, lecz na pragnieniach, osamotnieniu, relacjach z najbliższymi pojedynczych osób. W „Dina, Dina” jest podobnie.
Jedna z postaci w tej książce, opowiadając o swojej relacji z żołnierzem starszym od siebie, zastanawia się, kim dla siebie są: „Może tylko ciepłymi ciałami, które pocą się, poruszają, uginają i prężą, łakną, oddychają miarowo, nierówno, coraz szybciej, a więc żyją, wciąż jeszcze żyją. I że może to już jest dużo, może na teraz wystarczy”. Podobne odczucia miało dwoje bohaterów jednego z opowiadań we wspomnianych „Arabeskach” (w przekładzie Michała Petryka) w trakcie spotykania się w pokoju hotelowym. Obie sytuacje być może potwierdzają słowa innej postaci z „Diny…”, że „wojna to też życie, tylko bardziej”, tu i teraz.
Wojna w tej powieści Agaty Romaniuk jest więc pragnieniem bliskości. Również chęcią, by mimo zagrożenia życia zmierzyć się z urwanymi, niedokończonymi sprawami. W przypadku jednej z postaci chodzi o jej rodziców, których relacja rozpadała się już wtedy, kiedy ona była dzieckiem. Jedno z tych rodziców czuje się niedoceniane, jednocześnie zbyt gwałtownie działa wobec otoczenia; drugie wydaje się bardziej opanowane, ale nie dotrzymuje słowa… Na tej pustyni uczuć oazą dla dziecka bywa jego babcia; ona uwielbia zajmować się włosami tego dziecka, czytać mu ukraińskie bajki ludowe, jak te o kołaczyku oraz lisicy i żurawiu, leczy je za pomocą roślin, na przykład geranium. Babcia potrafi też powiedzieć: „Ty jesteś Dina. (…) Po prostu Dina i to wystarczy. Ani włoska, ani ukraińska. Swoja jesteś”.
Przy ciągłym zagrożeniu ostrzałem obiektów cywilnych, walce o uratowanie życia młodych ludzi „oszukanych przez dorosłe życie, których przywożą tu teraz na noszach przerażonych, niekompletnych, wyrwanych brutalnie z przyszłości, która im się nigdy nie wydarzy”, rozpaczy matek martwych synów („Nie ma bardziej pustych oczu, nie ma większego skowytu, który rozdziera trzewia i świdruje czaszkę, niż wycie matki, która straciła dziecko na wojnie”). jeszcze większego znaczenia nabierają proste gesty i świadomość, że za chwile nawet na nie może być za późno. Jak wyznanie komuś miłości ponad podziałem na płeć, i dbałość o siebie – jak w przypadku jednej z kobiet, dla której mechanizmem obronnym jest codzienne rysowanie kreski na oku, zakładanie zgromadzonych bluzek i sukienek; ma to być namiastką dawnego życia i nadzieją wbrew szarości, brudowi, beznadziei… Tu z kolei może przyjść na myśl jedna z bohaterek książki „Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady” autorstwa Karolina Sulej: „Niezależnie od tego, przez jaki dramat by się przechodziło, nie wolno rezygnować z najprostszych rzeczy. Trzeba się myć. Trzeba się ubrać i uczesać. Choćby nie wiem, jak człowiek był znużony i udręczony. To jest potrzebne nie tylko po to, by przeżyć, ale i po to, by chciało się żyć później. Na tym właśnie polega sztuka życia”.
Agata Romaniuk swoją opowieść o tej wojnie snuje również poprzez okruszki na talerzyku ze słoniem w niebieskich ogrodniczkach, plastykowego niedźwiedzia, igły używanej jak pędzel w technice akwareli, bałwana z wyskrobanym na nim pewnym imieniem… Opowiada też z użyciem takich zdań, jak: „Byłam wyczulona na te pęknięcia, którymi zwyczajność próbowała się przedostać przez wiosenną skorupę”. Także za pomocą drzewka japońskiej wiśni, a właściwie jego jasnoróżowych pąków kwiatowych; ledwo co rozwiniętych, ale są. Jest to być może metafora, jak w przypadku roślin bezlitośnie wyginanych na wszystkie strony w książce „Drobny szczegół” Adanii Shibli o konflikcie izraelsko-palestyńskim (w przekładzie Hanna Jankowska); one „nie stanowią oporu, poddają się, wiedząc, jakie są kruche, i że wiatr może z nimi zrobić, co tylko zechce, zerwać z nich liście, zniszczyć, wedrzeć się między gałęzie, niosąc na wszystkie strony wściekłe szczekanie psa”. Przy czym drzewo wiśni się nie poddaje, rozwija się wbrew temu, co dzieje się wokół. Podobnie jak tytułowa bohaterka; jej młoda wrażliwość przechodzi przyspieszone dojrzewanie w trudnych okolicznościach, w obliczu podejmowanych wyborów, które mogą być postrzegane jako nieracjonalne. Ale jest szczera wobec siebie, to w jej przypadku wydaje się najważniejsze.
Isa, patrz, to jest Natalka, cały czas kręci piruety, jakby była na zajęciach baletowych. Namalowałam jej żabkę. A ci chłopcy pochyleni nad telefonem, ci okularnicy, to bliźniaki. Interesują ich tylko Pokémony. Każde z tych dzieci miało jakieś swoje „przed wojną”. Jakieś mecze siatkówki, oszczędzanie na konsolę, ulubione miejsce na podwórku, kolegę z klatki obok. Coś z czasu sprzed wojny, które zostało im zabrane, być może na zawsze. I teraz tu są, w tej świetlicy, przeczekują swoje życie. To co ja mogę dla nich zrobić?.
Rafał Kowalski © 2026
Agata Romaniuk, Dina, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2026, ss. 340
