Pamiętam z dzieciństwa nowelkę Conana Doyle’a, gdzie ofiara, konając, kreśli na ścianie zamierającą ręką jedno słowo – dowód winy przestępcy. To słowo skreślone przez umierającego podziałało niegdyś na moją wyobraźnię. Ślad pozostawiony przez nas, których przetrwanie jest tak niepewne, przypomina mi ten banalny obrazek, który mnie niegdyś wzruszył. Notujemy dowód winy, który nam samym nie przyda się już na nic. Ślad ma zostać ciśnięty jak kamień pod koła historii, żeby je zahamować. Ten kamień ma ciężar naszego poznania, które dosięgło dna okrucieństwa ludzkiego.
Warto przypominać o tak zwanym Archiwum Ringelbluma i działalności tajnej organizacji Oneg Szabat, dzięki której ono powstało. Bo przecież ludzkość słabo uczy się na swoich błędach; zwłaszcza tych w roli głównej ze słowną i czynną pogardą, chęcią krzywdzenia i zabicia drugiego człowieka choćby z powodu jego pochodzenia. Ta książka autorstwa Marty Grzywacz (wydana przez Wydawnictwo Czarne w 2025 roku) jest kolejnym dowodem na unikatowość Archiwum w skali światowej i jego uniwersalność.
Według badaczy w Getcie Warszawskim w szczytowym momencie, to jest w marcu 1941 roku, na około trzystu hektarach przebywa nawet czterysta sześćdziesiąt tysięcy osób. Wśród nich historyk, nauczyciel i działacz społeczny Emanuel Ringelblum. To z jego inicjatywy powstaje Oneg Szabat, czyli Radość Soboty: tajna organizacja, która w nieludzkich warunkach zbiera dowody na istnienie żydowskiego świata: relacje, dzienniki, prywatną korespondencję, teksty literackie, zdjęcia, rysunki, prasę, dokumenty, programy teatralne, kartki na żywność… Również dowody zbrodni i szlachetnych uczynków, które mają miejsce w Getcie. Osoby związane z tą organizacją mają pisać „prosto i bez upiększania, bo zbędne słowa i literackie koloryzowanie tragizmu wywoływałyby zgrzyt i niesmak. (…) Obiektywnie i bez retuszu”. Wbrew nadziei mają nadzieję, że warto to robić; poniekąd w myśl słów młodego chłopaka z Oneg Szabat, który w roku 1942, roku swojej śmierci, nie ma nawet osiemnastu lat: „Nie znam swojego losu. Nie wiem, czy będę mógł wam opowiedzieć, co się stało dalej. Pamiętajcie: nazywam się Nachum Grzywacz”.
Autorka pisze o ludziach związanych z Radością Soboty, o których obecnie wiadomo trochę więcej, na przykład o Racheli Auerbach, Eliaszu Gutkowskim, Herszu Wasserze. Podkreśla też rolę kilkudziesięciu bezimiennych osób pracujących na rzecz organizacji. I nawet takie postacie, jak Auerbach, stara się też przedstawić przez pryzmat ich chwil radości, zwątpienia, pragnienia kogoś i czegoś. Właśnie wątek walki Racheli o życie Abrahama Braxmeiera („Pan musi chcieć żyć!”), który przychodzi do prowadzonej przez nią kuchni, należy do najbardziej wzruszających w tej książce. Ponadto, choćby na przykładzie Ringelbluma można, na ile to możliwe, śledzić kształtowanie się mentalności tych, którzy potem zdobywali się na heroizm niekoniecznie z bronią w ręku („Znajomi namawiają go, żeby został za granicą, wróci, kiedy wszystko się uspokoi, ale on ma przecież obowiązki. Wobec rodziny, wobec partii, wobec swoich ludzi. >>Poczucie obywatelskie<< – jak sam je nazwie”.).
Przemoc w tej książce miewa wymiar masowy i jednoznaczny; również jednostkowy i niekoniecznie czarno-biały – jak w przypadku Frani, którą napada chudy i obdarty nastolatek; okazuje się nim jej przedwojenny znajomy Josek, chłopiec wtedy piękny i dobrze uczący się, teraz na skraju śmierci głodowej. Nie sposób też osądzać kobiet sprzedających się za jedzenie, jak też postawy samego Ringelbluma, który wydany przez Polaka i schwytany przez Niemców może uratować siebie, ale musiałby zostawić swoich najbliższych. Autorka pisze też o zaciskającej się pętli i coraz bardziej gasnącej nadziei; jednocześnie o sytuacjach będących „manifestacją oporu i niezgody”: wydarzeniach kulturalnych, hodowli roślin, szmuglu, powstaniu zbrojnym, które wybucha w kwietniu 1943 roku.
W „Radości…” spotkać można postawy haniebne, dosyć liczne, nie tylko ze strony Niemców. Również te szlachetne. Do tych drugich można zaliczyć to, co robił kolejarz i oficer Armii Krajowej Teodor Fabian Pajewski; także rodzina Wolskich, o której Ringelblum napisze, że takich ludzi Polska powinna kiedyś uhonorować jak bohaterów.
Marta Grzywacz o tym wszystkim pisze z użyciem tak obrazowych zdań, jak na przykład: „Domy w Dzielnicy Północnej stoją z otwartymi brzuchami klatek schodowych, wypalone i puste”; „Jego słowa niczym koła pociągu tłuką się rytmicznie o blaszane ściany baniek”; „W szkle z rozbitych sklepowych witryn, które sypie się na ulice, tym razem odbija się zniekształcona twarz polskiego społeczeństwa”. Dzięki barwnym szczegółom stara się oddać choćby przedwojenny klimat niektórych ulic przedwojennej Warszawy: z terkotem maszyn do szycia, rżeniem koni wozaków, wściekłym dzwonkiem tramwajów, biedy mocno kontrastującej z bogactwem. I zdaje się sugerować, że Archiwum odnalezione po wojnie w niesamowitych okolicznościach to nie tylko zapis tego, co było – to również lekcja człowieczeństwa. Dlatego jest skarbem cenniejszym niż całe złoto tego świata.
Brakuje mu osobistych wspomnień i relacji dawnych żydowskich mieszkańców Warszawy. Dlatego sam, kiedy tylko może, powołuje się na zwykłych obywateli – dla innych historyków niemal przezroczystych, dla niego ważnych świadków zdarzeń. Wędrowni kuglarze, grajkowie, włóczędzy, żebracy, nawet złodzieje – wymienia ich po imieniu i z szacunkiem – nieśli w przyszłość obyczaje i tradycję, stali się nicią łączącą >>dzisiaj<< i >kiedyś<<. Ringelblum jest zdania, że właśnie tak to się powinno odbywać, że w gromadzenie świadectw przeszłości należy włączać także zwykłych obywateli. Tylko dzięki nim przechowa się pamięć o żydowskim folklorze, o tym, jaki miał smak, zapach, kolor i dźwięk.
Rafał Kowalski © 2026
Marta Grzywacz, Radość soboty. Archiwum życia i śmierci, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, ss. 504
