Przy małym stoliku nieopodal siedziała czternasto-, może piętnastoletnia dziewczyna, opalona, w wydekoltowanej sukience, w towarzystwie starszego mężczyzny, pewnie ojca. Rozmawiali i śmiali się beztrosko, swobodnie, nie przejmując się innymi. W szklanej salaterce dziewczyna miała coś w rodzaju gęstego mleka – kilka lat później zrozumiałam, że był to jogurt, wtedy u nas nieznany. Patrzyłam na siebie w lustrze naprzeciwko, bladą okularnicę ze smutną miną, milczącą obok ojca, który wpatrywał się gdzieś w dal. Widziałam wszystko, co różniło mnie od tej dziewczyny, nie miałam pojęcia, jak mogłabym się do niej upodobnić.

Annie Ernaux w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Czarne w 2026 roku w przekładzie Anastazja Dwulit) sięga też po tematy znane z innych jej publikacji: pisze o swoich rodzicach, własnym dojrzewaniu, wstydzie odczuwanym czasem z powodu pochodzenia „z nizin”… W swoim stylu czyni to w sposób beznamiętny, pozbawiony poetyckości; jednocześnie i tu jej pisanie jest jak jej rodzinna Normandia – do której piękna trzeba się czasem przebić przez deszcz, wiatr i ludzką surowość. Według zaś występującej w „Powrotach” Marguerite Cornier, słowom, „które wychodzą” spod palców Ernaux, „nadaje ona gęstość życia i realność minionego czasu”.

Noblistka własnym rodzicom, którzy poznali się w fabryce lin, szczególnie dużo miejsca poświęca w „Bliskich” (Wydawnictwo Czarne 2022 r., przekład Agata Kozak). Tam jej matka bije ją, jednocześnie przyciąga do siebie, pozwala przytulać się do swoich pleców. Ernaux właśnie z nią, otwartą na wiedze, prowadzi rozmowy, a ze swoim ojcem głównie się bawi. W „Powrotach” tata i mama pojawiają się za sprawą zdarzenia, które zaszło między nimi, i ma ono duży wpływ na myślenie ich córki o życiu. Ernaux pisze też o religijności swej rodzicielki; dla tej ostatniej religia jest „częścią wszystkiego, co wznosi na wyższy poziom – wiedzy, kultury, dobrego wychowania”, ale dystansuje się od nakazów i uległości, i nie chciałaby dla swojej Annie „losu zakonnicy”. Przyznaje również, że matka nie skąpiła pieniędzy na dodatkowe lekcje swej córki, płatne i drogie, wierząc z nią.

Ojciec z kolei w „Powrotach” jest na przykład wyróżniony jako ten, który nigdy nie podniósł ręki na swoją córkę, i jako uczestnik szczególnej wycieczki z nią. To podczas tej wyprawy pojawia się motyw wstydu, też obecny na przykład w „Bliskich”. Tym razem objawia się choćby w motywie wybielacza i używanych słów („Mnie również nauczyciel zwracał uwagę: >>Nie powinno się tak mówić, to nie jest po francusku!<<. Otóż owszem, jest po francusku, bo tak się mówi. Albo: >>Nie, nie ma takiego słowa<<. Ależ jest, uczeń właśnie je wypowiedział”).

Właśnie edukacja szkolna jest jednym z głównych tematów książki „Ciała” (Wydawnictwo Czarne 2024 r., przekład Agata Kozak); a właściwie splot szkoły i odkrywania swoich pragnień. W „Powrotach” objawia się to w opowieści na temat nauki w szkole religijnej ze spuszczaniem wzroku, tajemniczo brzmiącymi słowami (jak graduał), przekonaniu o popełnieniu grzechu śmiertelnego i surową panną L., którą rozczulają do łez opowieści i męczennikach i świętych. Także w pełnej młodzieńczego uroku korespondencji Autorki z jej przyjaciółką Marie-Claude. W tych listach cytuje wiersz Verlaine’a („Po pustych drogach starego ogrodu, przed chwilą cienie przeszły dwa, wśród chłodu. Zagasłe mają oczy, zwiędłe wargi i szeptów swoich słuchają jak skargi”), pisze o byciu sadystyczną i perwersyjną wobec pewnego chłopaka, przyznaje, że tego konkretnego dnia nie jest „zbyt radosna”, ale że powinna „do głębi poznać trudy życia, ludzką rozpacz, żeby przekazać wieść, odsłonić w sztuce inną wizją świata”.

Ernaux w „Powrotach” wraca do miasteczka Yvetot, w którym spędziła dzieciństwo i wczesną młodość (urodziła się w Lillebonne, miejscowości oddalonej od Yvetot o około dwadzieścia kilometrów). Wraca nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim mentalnie. To w tym miasteczku pojawiło się jej ciągłe pragnienie czytania; miejsca, jak rodzinny sklep-kawiarnia i kino, ludzie chwalący pracowitość i choroby wiążący jakoś z winą („każdy wnosił coś (…) do ogólnego sensu”), wydarzenia i przedmioty, jak mały przybornik do szycia z czerwonej skóry. To wszystko „dostarczane przez pamięć” zostaje „w procesie pisania wykorzystane i przekształcone w coś ogólnego”. Staje się podglebiem pisarstwa Annie Ernaux z wiarą, że życie da się zrozumieć właśnie ze światem, w którym się żyło.

Noblistkę w tytułowych powrotach – w których pamięć bywa silniejsza od rzeczywistości i, bywa, przenika się w wyobraźnią i odczuciami – wspomaga tłumaczka Anastazja Dwulit; na przykład kiedy z wyczuciem używa takich słów, jak „wstręciucha”, „otokać”, „ciepnąć”, „smolą” i „bielidło”. Ona też, niewykluczone, ma swoje Yvetot, jak chyba my wszyscy.

Nie wiem, czego szukam, kiedy piszę. I czy w ogóle czegokolwiek szukam. Pojawiają się pewne pomysły, pragnę stworzyć pewne książki i to są bardzo silne pragnienia, ich zrealizowanie jest dla mnie niezwykle ważne. Bywa, że pisząc, zadaję sobie pytanie: czego szukam? Odpowiedź często brzmi: chcę ocalić coś, co się wydarzyło lub co się dziś wydarza, a potem zniknie. Mówię to wyraźnie na końcu „Lat”: „Uratować coś z czasu, w którym się już nigdy nie będzie”. To nie jest poszukiwanie utraconego czasu. Chodzi o uzmysłowienie upływu czasu, pokazanie, jak ucieka, porywając nas wszystkich ze sobą.

Rafał Kowalski © 2026

Annie Ernaux, Powroty, przekład Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 176