Mój mąż rąbie drwa na opał, dziecko leży w wózku. Słyszę warkot piły. Dziecko patrzy uważnie, jak kawałki drewna pękają, odrywają się od pnia i spadają na ziemię. Dziecko patrzy, jak jego matka się łamie, rozpada na kawałki. Jednak uśmiecha się na widok wiórów w powietrzu, myśli, że to płatki ciemnego śniegu, nie przejmuje się mną, cieszy przygotowaniami do zimy. Myśli sobie pewnie, że ma normalną, standardową matkę, której będzie mógł wręczać swoje pierwsze rysunki ogrodu. Obok niego drzewo, niegdyś pełne życia, zamienia się w drzazgi.
Pomny też tego, co Olga Gitkiewicz napisała niedawno w swoim zbiorze esejów „Szyjąc” (Wydawnictwo Dowody) – że „wielu mężczyzn bierze sobie do serca obowiązek objaśniania nam świata, nawet tego, który świetnie znamy. Nie potrafię policzyć, ile razy mężczyźni tłumaczyli mi kwestie, w których orientuję się całkiem nieźle” – tym bardziej nie zamierzam „mentorsko” analizować przyczyn zachowań głównej bohaterki książki „Zgiń, kochanie” (Wydawnictwo Pauza, tłumaczenie Agata Ostrowska) autorstwa Ariany Harwicz. Zwłaszcza że pewne sprawy może czuć tylko konkretna kobieta, na przykład po tym, kiedy urodzi dziecko. O tych zachowaniach mogę jedynie napisać, a właściwie – oddać głos tej bohaterce.
Bohaterka ta w pewnym momencie tej książki apeluje, byśmy wtopili się w krajobraz, pokryli swoją skórę ziemią i zielenią. Do tego na niejednej stronie tej powieści pojawiają się drzewa i jeleń darzony przez nią dużą estymą. To właśnie do jądra natury, jej pierwotności zdaje się chcieć uciec kobieta, która nie czuje wsparcia dla siebie po urodzeniu dziecka. Choćby ze strony otoczenia i własnego męża, który nie chce zatrzymać się; spróbować zagłębić w gorące, rozedrgane morze, jakim jawi się psychika, mentalność jego małżonki. Zamiast tego poucza, na przykład w przypadku dziecka: „Dlaczego on ciągle płacze? Czego mu trzeba? Jako matka powinnaś to wiedzieć”. Tak jak w książce „To, co nieśli” Tima O’Briena (Wydawnictwo Czarne, tłumaczenie Tomasz Gałązka) swojej dziewczyny nie rozumie żołnierz, który ściąga ją do Wietnamu, a ten kraj działa na nią jak potężny narkotyk, „dał tę kombinację nienazwanej grozy i nienazwanej rozkoszy, kiedy igła wchodzi w żyłę i człowiek wie już, że czymś tu ryzykuje”.
Tymczasem w tym wewnętrznym morzu pieni się chęć warczenia i skomlenia („U kresu nocy mam już w sobie tyle skumulowanej furii, że mogłabym pić aż do zawału serca”), dzika i spocona żądza, pragnienie dostrzeżenia kobiecego „bezbrzeżnego smutku”. Raz obraża ona swoje dziecko, ucieka od niego, twierdzi, że macierzyństwo jest „okropnie nieciekawe”. Innym razem przyznaje, że za sąsiadów chciałaby mieć na przykład Egona Schielego i Francisa Bacona, by jej syn mógł „rozwijać się intelektualnie i dorastać ze świadomością, że na świecie, na który go sprowadziłam, dzieją się rzeczy nieco ciekawsze niż to ciągłe otwieranie świetlików, przez które i tak nic nie widać”. I w pewnej chwili pragnie, by pierwsze słowo, jakie to dziecko wypowie, było piękne, na przykład magnolia, a nie mama albo tata.
Język tej książki dobrze odzwierciedla, co dzieje się w tej bohaterce. Są tu miotane przekleństwa, sól piecze poharatany język, strużki tłuszczu spływają po dłoni podczas jedzenia rękami. Jest żądanie wzięcia do ręki noża i rozcięcia sobie ust, pragnienie seksu gwałtownego i namiętnego, szukanie w gęstym powietrzu szczeliny, która przyniosłaby trochę ulgi. I chociaż można się pośmiać z sytuacji, kiedy weterynarz ma pomóc mężowi, albo kiedy dochodzi do awantury na plaży, chyba warto nie prześlizgnąć się tylko oczami po słowach bohaterki – kiedy mówi, że szuka kogoś, kto mógłby nią wstrząsnąć tak, jak to sprawił na niej widok konającego zwierzęcia. W tym przypadku wstrząśnięcie może oznaczać po prostu chęć poświęcenia większej uwagi drugiej osobie i jej głębi, większego zrozumienia dla jej kryzysów, partnerstwa, by nie zaczęła czuć się jak śmieć.
Jeleń staje jak wryty, ma szklane oczy. Tkwi poruszająco nieruchomo. To jest mój mężczyzna, on potrafi dostrzec mój bezbrzeżny smutek. Wszyscy inni to po prostu mężczyźni. Jaki pożytek być mężczyzną, być człowiekiem, skoro język, którym się mówi, nie wystarcza. Mojemu mężczyźnie brakuje człowieczeństwa, to prawda, ale komu zależy na człowieczeństwie.
Rafał Kowalski © 2026
Anna Harwicz, Zgiń, kochanie, tłumaczenie Agata Ostrowska, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2025 (pierwsze wydanie 2020), ss. 144
