No ale i wtedy bywało: ja strzygę Marka, doliniarza z Mińskiej, a pan Antoni profesora z politechniki. I siedzą ucho w ucho, strzygnięcie w golenie, i obaj jakoś gadają, choć jeden ma więcej przymiotników w zanadrzu, a drugi mniej. I z tego dziwne przyjaźnie bywały. Dzień dobry, panie Piotrusiu, dzień dobry, panie Andrzeju! Do fryzjera? Ano trzeba… I szli. (…) A jak u nas siadali, to bywało, że z nudów czy dla przyjemności pojedynek na historie urządzali. Bo kto przegrał, ten stawiał przy najbliższej okazji. A kto lepszą opowiedział, to tyle zapłacił, ile za papierosy.
Gdziekolwiek teraz jest Kohelet od starotestamentowej Księgi, może się uśmiecha, że u Pawła Sołtysa nic nowego pod słońcem: wciąż pisze list miłosny do „swojej” Warszawy z jej nieoczywistymi mieszkańcami, w którą zagłębia się do trzewi. W swojej poprzedniej książce „Sierpień” (2024 r.) rozmawia ze stróżem cmentarzyska tramwajów, dotyka „cegieł i kamieni, jakby coś miało od tego nastąpić”, kupuje książki w upadającym antykwariacie Pana Krawczyka. W „Monoloku” (2026 r., obie książki wydało Wydawnictwo Czarne) też są stołeczni ludzie i miejsca. Dzięki temu, że Autor słucha grochowskiego fryzjera, a fryzjer latami słuchał swoich klientów, z ust do ust płynie opowieść. Zostaje zapisana i zapamiętana.
Na jednej ze stron „Monoloku” pisze o Urbanie z sercem na dłoni, że z niego „czarownik był w opowieściach jak ta lala”, i następne zdanie zaczyna: „O właśnie, Lala. Naprawdę to była Lilka, ale się >>Lala<< przyjęło”. Jedna opowieść niekiedy wypływa z innej, następują jedna po drugiej, wzajemnie się gonią, rosną jak huby na bukach. Grochowski fryzjer na pytanie, czy tęskni, odpowiada, że już dawno postanowił, że jego zmarli żyją, tylko nie udaje mu się ich spotkać. Oni i on chodzą równoległymi ulicami, na przykład Kickiego i Czerniakowską, ale żyją też właśnie w jego opowieściach.
W nich listonosz Pan Andrzejczak ze swoją kurzą ślepotą wciąż jedzie rowerem w istocie pięknym, czarnym na białych gumkach, z dzwonkiem i światełkiem na dynamo elektrycznym na pych. Szewa Kwiaciarka w getcie nie przestaje być piękna; choćby nie wiadomo co, w swoich czarnych włosach hoduje różę. Wielki i mądry pies Azor odprowadza dzieci do przedszkola i szkoły. Garbus z zapałek tworzy makietę Pałacu Kultury. A Pan Sankowski wciąż krzyczy do swojego syna, by podał mu procę, bo chce strzelać do księżyca, wygrażając mu od sukinkotów.
Los jednych jest znany, innych niekoniecznie – ale w przypadku tych drugich przeważa myślenie, że, niewykluczone, jednak nie umarli. Jak Magik, który zniknął, może odgrywa teraz swoje najlepsze numery gdzieś w Monte Carlo; albo szczególnie wzruszający Masio, wyławiający z kałuży kamyki srebrnym widelcem… Kto wie, czy teraz długim, posrebrzanym widelcem nie wyciąga ryb „ciężkich jak kamienie” na przykład z Balatonu lub z Jeziorka Gocławskiego.
Ludzie odchodzą, pojawiają się kolejni, miłość przybiera maski smutku i radości, czas płynie. Szesnastoletni chłopacy, zamiast uczyć się i grać w piłkę, patrzą, jak miasto „sześćset lat budowane w miesiąc się zmienia w rumowisko”. Za groźnym i przystojnym Czarnym dziewczyny ciągną jak „kurz za tramwajem”. Po nim następują gangsterzy niezwykle okrutni, a w ich miejsce wchodzą tacy, którzy obliczają, że „lepiej nosić garnitury niż dresy” i „lepiej na Vacie i zamówieniach publicznych robić forsę”. Jednocześnie pojawia się stwierdzenie, że porządnych ludzi też tu było dużo. I wciąż pewnie są.
Paweł Sołtys pisze o tym wszystkim również z użyciem słów cyngwajs, flota, bidul, majcherek, barachło. W jego prozie jest też poezja, jak w przypadku latarni przymykających sodowe oko, i ciszy, która po pewnym wydarzeniu stanęła na Siekierkach, „jakby na nowo stworzenie z >>Księgi Rodzaju<<”. Tworzy obrazy, które trudno zapomnieć, wśród nich płonących łabędzi odlatujących w noc… Wyobrażam sobie, że wciąż spaceruje po „swojej” Warszawie. Słucha ludzi, dotyka budynków, zapamiętuje, zapisuje i patrzy na księżyc – który jak wczoraj i dziś, tak wisiał będzie nad Grochowem jak okiść lub blada groźba.
Bo przyjdzie czas, że wszyscy jeszcze będą mieć serca. I zegarki Poljot na skórzanym brązowym pasku do odliczania dobrych godzin, dobrych minut. I nawet ta cienka wskazówka będzie stukać pyk pyk pyk, jak piękna kobieta na najcieńszych szpilkach świata, i wybijać dobre sekundy zamiast zębów, i każdy będzie przeklinał tylko raz dziennie, po przebudzeniu, żeby i szatan miał coś na ząb, ale potem już będą wszyscy mówili jak Waldorff, jak Suzin, jak Wojtczakowa. Śmierć będzie przychodzić w nocy, w filcowych kapciach jak w muzeum, i to tylko do bardzo starych ludzi, do tych, co się już nażyli, nagadali do woli.
Rafał Kowalski © 2026
Paweł Sołtys, Monolok, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, ss. 120
