Ojciec dziadka ze strony ojca, mój pradziad, który żył sto cztery lata i nigdy nie chorował, był chodzącym telewizorem. Wędrował po białoruskich wsiach po różnych zebraniach; a to darcie pierza, a to wesela i opowiadał, ale nie bajki – historie o ludziach. Wchodził do sieni, gdzie wszyscy siedzieli, i pytał: „Ci bajać, ci nie?”. I odpowiadali: „Baj!”. Setki tego snuł i nigdy dwa razy tak samo. Miał nieprawdopodobną wyobraźnię i dar improwizacji. Może tę zdolność do opowiadania o ludziach mam po nim.

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska w tej książce (wydanej przez Wydawnictwo Dowody) przyznaje, że swoje bohaterki-reporterki odwiedza w ich domach, ponieważ najbardziej lubi portretować ludzi w „prywatnej przestrzeni, gdzie czują się swobodnie i gdzie najłatwiej zbliżyć się do drugiego człowieka. Albo przynajmniej spróbować”. Fotografuje, ale też rozmawia z nimi o reportażu, określonych ludziach, konkretnych przedmiotach… O tym, co jest naprawdę istotne.

Gdyby chcieć stworzyć przepis na reporterkę, jednym ze składników mogłaby być inspiracja ze strony osób… niekoniecznie zajmujących się reportażem. Jak pradziadek Barbary Pietkiewicz, który swoją zdolność do opowiadania wcielał w życie, kiedy wędrował po białoruskich wsiach. Małgorzata Szejnert, mistrzyni niektórych bohaterek tej publikacji, mówi o listach swojej mamy: osoby ponoć utalentowanej literacko, ale która miała nie mieć o tym pojęcia. Pani Małgorzata opowiada też o swym wujku z Ameryki korespondującym z najlepszym krawcem warszawskim („Posyłał miarę i dokładne instrukcje: z jakiego materiału wewnętrzna – ta niewidoczna – część kieszonki i w jakim rozmiarze. Te listy to cymes!”). Joanna Szczęsna zaś myślami wraca do swojej mamy, która wysłuchiwała często maltretowanych kobiet, pocieszała, doradzała i chodziła z nimi do urzędów. A Wiesława Grochola mówi o swoim dalszym wujku, konduktorze tramwajowym w czasie okupacji w Krakowie: „Jakie on miał samopoczucie! Jak on gospodarzył tymi ludźmi! Prowadził dysputy, coś tam czytał, coś myślał. Tramwajami jeździli profesorowie uniwersytetu, więc miał pole do konwersacji. To był ktoś”.

Taka inspiracja – w połączeniu z uważnym słuchaniem, ciekawością świata, cierpliwością, pewną dozą szczęścia, chęcią i możliwością rozwoju – może pomóc w odkryciu dla świata bardzo interesujących postaci. Jak ta kobieta oślepła w dzieciństwie, o której opowiada Małgorzata Szejnert: prosta, pogodna, z naturalną inteligencją, której nie uzyskała wskutek nauki; nauczyła się robić na drutach i to miało ożywić ją, że może coś zrobić („Jakiż ona ma wspaniały język! Taki jak Wałęsa, naturalny, trafny, lapidarny, ale przy tym ma lepiej niż Wałęsa, bo jeszcze poezję w tym języku. Fantastyczna!”). Kolejarz od Wiesławy Grocholi, Leszek Goździk od Hanny Krall, Romowie od Lidii Ostałowskiej… Katarzyna Surmiak-Domańska podkreśla, że „reportaż jest gatunkiem egalitarnym. Tu się nie dzieli ludzi na lepszych i gorszych, tu próbuje się pokazać świat z rozmaitych perspektyw”. Magdalena Grochowska zaś wychodzi z założenia, że ludzie mają potrzebę opowiadania swoich historii. Dodaje, że pisanie bywa okropnie nużące, ale ocala.

W tej książce równie ważną rolę, co ludzie odgrywają przedmioty. Wśród nich scyzoryk z grawerunkiem, który Angelika Kuźniak otrzymała po napisaniu książki „Papusza”. Klucz do celi w dłoni Olga Gitkiewicz, odcisk palca zrobiony krwią – odkryty podczas spotkania z Barbarą Seidler, albańska łuska od naboju prezentowana przez Małgorzata Margo Rejmer… A kiedy patrzę na jedno ze zdjęć przedstawiających Hannę Krall, na ścianie widzę zegar bardzo podobny do tego, który odziedziczyłem po mojej babci Jadwidze: ponadstuletni niemieckiej firmy Gustav Becker rodzinnie nazwany Gustkiem… Maria Wiernikowska jest zdania, że detal jest świadectwem życia człowieka, że „jeśli chcemy odkryć coś prawdziwego o tej osobie, to szukamy tam na przykład rzeczy, którą przywiózł sobie ze wsi po dziadkach. Detalu, którym mówi o czymś szczególnym. O jego guście, o tym, co ten człowiek kocha. Czegoś niewielkiego, w czym jest jakaś historia”.

Opowieści reporterek w tej publikacji chwilami wzruszają (na przykład Krystyny Kurczab-Redlich wspomnienie córki pewnej Czeczenki), momentami rozśmieszają (Ewa Winnicka mówiąca o Marianie Turskim, i Katarzyna Surmiak-Domańska ujawniająca swój sen o Krzysztofie Kieślowskim); niekiedy umieją zmrozić krew w żyłach (Angeliki Kuźniak opowieść o konkretnych Niemkach w obliczu nadejścia Armii Czerwonej). I chociaż Magdalena Magda Grzebalkowska może jeszcze zostać światowej sławy pianistką albo jazzmanką, Iza Izabella Michalewicz podbijać estrady wykonaniem piosenek francuskich, a Ewa Winnicka otrzymać tytuł Matki Roku (jeśli będą zaprzeczać, nie słuchajcie ich) – one i inne reporterki tymczasem z powodzeniem nadają znaczenia temu, co powiedział mąż Agnieszki Wróblewskiej: że reportaż mówi, jak jest naprawdę i jest fotografią życia.

Prowadzę dziennik od pierwszych lat szkoły podstawowej. Wcześnie pojawił się w nim motyw marzenia, by poznawać i opisywać cudze życia. Powodowała mną pewnie dziecięca ciekawość. Ale dzięki literaturze zaczynałam rozumieć, że pod powierzchnią zjawisk kryją się skomplikowane mechanizmy, tajemnicze procesy, jakiś „spód”, który stanowi istotę rzeczy. To schodzenie w głąb wydało mi się fascynujące. Ucieszyłam się, czytając później wiersz Iwaszkiewicza >>Inne życie<< – o podziemnej rzece, czyli skrytym, prawdziwym życiu. Potwierdzał moje naiwne przeczucia.

Rafał Kowalski © 2026

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska, Reporterki, Wydawnictwo Dowody, Warszawa 2025, ss. 240