Każdy podmuch był dla niej dodatkową dawką powietrza. Ćpała wichury, aż ją przytykało. Nie przeszkadzały jej spadające wokół gałęzie ani obrywające się z dachu obluzowane dachówki. Kiedy jej włosy szalały na wietrze, czuła się… Sam nie wiem, jak się czuła, ale widać było, że znajdowała się w swoim żywiole. Przed burzami dzieci wstydziły się za nią. Prosiły, żeby wróciła do domu, bo sąsiedzi patrzą. (…) Wyglądało to tak, jakby wiatr przynosił jej informację z innego świata. Miałem wrażenie, że to jej coś przypomina. Może zeszłe życie.
Postacie z książek autorstwa Filip Marek Zawada, bywa, mogą nieźle zdenerwować. Weźmy Dziadka i Wnuczka z powieści „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” (swoją premierę miała w 2021 roku): pierwszy umie dokuczyć poznawanym kobietom, drugi nie bardzo walczy o wydobycie się z przeciętności. Niekiedy trudno też o spokój, jeśli chodzi o poczynania niektórych bohaterów w najnowszej książce tego pisarza rodem z Wrocławia (2025 r., obie wydało Wydawnictwo Znak); choćby przy zachowaniach pewnego rodzeństwa wobec siebie. Jednocześnie Autor osobom czytającym zdaje się sugerować, że jego ludzie przez to, że nie ocierają się o ideał, są bliżej ziemi. Bo przecież przejawiają też zachowania dobre – te złe zaś można próbować zrozumieć, i nie musi się to łączyć z usprawiedliwianiem.
Tak jest w przypadku choćby niejakiego Trytka, który „zachęcał zarówno do grzechów, jak i do zbożnych uczynków w tak przekonujący sposób, że trudno było odróżnić, co jest dobre, a co złe”. On i jego siostra potrafią nieźle dokuczyć swojemu bratu. Jednocześnie nadchodzi moment, kiedy Trytek idzie pod prąd oczekiwań i stara się nadawać sens temu, co mówi: „Ilu jednak słów użyliśmy w odpowiednim momencie? Ilu słów nie użyliśmy wtedy, kiedy należało ich użyć? To są pytania, nad którymi dzisiaj i przez całe życie powinniśmy się głowić”. Podobnie jest z jego wspomnianą siostrą o imieniu Róża; chwilami można nie rozumieć jej poczynań wobec własnych rodziców – zarazem jej postępowanie w przypadku własnej babci (postaci być może najbardziej barwnej w tej książce), córek i morza może wywołać czytelniczy uśmiech zadowolenia. Zresztą i sami rodzice, choć z automatu mogą wzbudzać współczucie z pewnego powodu, mają swoją mądrość, marzenia i pragnienia (vide opis splotu kobiety i wiatru) – zdarza się, że nie są aniołkami również w stosunku wobec siebie. W najnowszej powieści Filip Marek Zawada nawet Bóg, wygląda na to, nie jest… blisko Absolutu („Bóg jak to Bóg, nie odzywał się i nie pomagał jej rozwiązać dylematów. Jedynie, co wiedział, to że musi sobie poradzić sama. To nie była jego historia”).
Bohaterowie tej książki potrafią zawędrować naprawdę bardzo daleko od miejsca swojego zamieszkania. Mimo to nie traci ich z oczu pewien obserwator i jednocześnie narrator. Uważa, że został „stworzony, żeby docierać tam, gdzie inni nie mogą. Czy nie do tego właśnie istnieją podglądacze?”. W pewnym momencie konkretnie uzasadnia swoją motywację obserwacyjną. Nie trzeba też chyba pisać, że i jemu zdarzają się potknięcia, sprawia wrażenie zwyczajnego („Nigdy nie starałem się za wszelką cenę znaleźć kogoś bliskiego. Nigdy do nikogo nie zagadywałem jako pierwszy. Czekałem i obserwowałem. To był mój sposób na zbliżanie się”).
Filip Zawada słowami jednego ze swoich bohaterów sugeruje, że ludziom właściwie od początku istnienia świata natura kojarzy się z zagrożeniem. Może dlatego, jak sugeruje jeden z tych bohaterów: ludzie patrzą, ale często nie widzą. W rezultacie, kiedy wydaje się za późno, niektóre osoby chwytają się wspomnień („Ze starych pokładów podświadomości wygrzebywali to, co zostawili na ziemi i za czym tęsknili”), i tego, czego nie udało się zrealizować. Kto wie, czy nie o to chodzi przede wszystkim: jeśli Los daje ci drugą szansę, staraj się nie popełnić znów błędu, na przykład w relacji z drugim człowiekiem. Pilnuj, by niewypowiedziane słowa nie stwardniały i nie zmieniały się w kamienie, które mogą zranić… Wtedy łatwiej wspólnie wejść na górę, nie tylko tę powieściową – na tę swoją bohaterowie wchodzą razem w momentach przejściowych, kiedy coś się kończy i jednocześnie coś zaczyna.
Nie mam pojęcia, co miała na myśli, ale pewne jest, że w obecności morza niczego się nie bała. Uwielbiała je tak bardzo, że mogłoby zastąpić jej mamę, tatę, życie wieczne i nią samą. Potrafiła godzinami oglądać przewracające się fale (bo według jej niepodważalnej tezy miały one nogi). Patrzyła na wodę i słuchała. Podczas każdych wakacji powoli uczyła się języka szumów. Na początku rozpoznawała tylko nastroje. Wiedziała, że morze jest smutne, wzburzone, filtrujące, zapraszające do śmierci, wesołe czy napastliwe. (…) Morze zawsze miało dla niej tyle czasu, ile potrzebowała. Nad morzem chciała być sobą bardziej, niż to było możliwe.
Rafał Kowalski © 2026
Filip Zawada, Gdyby nie czerń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2025, ss. 384
