Nie ulega wątpliwości, że kobiece ciało pod pewnymi względami budzi odrazę, gdy przyjrzeć mu się zbyt dokładnie, to cielesna klątwa, którą najmądrzejsze kobiety przyjmują jako dług odziedziczony po Ewie; nie tyle te obszary, które świadczą o przynależności do królestwa ssaków, a które, jeśli je odpowiednio odziać i zasznurować w gorsecie, mogą się prezentować estetycznie, ile te dolne partie, między udami i wyżej, istna piekielna czeluść plugastwa, choć dziwnym trafem tożsama z kanałem rodnym i jego świętą misją.
Joyce Carol Oates w tej powieści (wydanej przez Wydawnictwo Filtry w tłumaczeniu Kaja Gucio) tworzy portret lekarza, który swoje pomysły chce eksperymentować przede wszystkim na kobietach; jak teorię, że usunięcie łechtaczki lub macicy może pomóc w zwalczaniu histerii. Choć mowa o dziewiętnastowiecznym medyku amerykańskim, postaci inspirowanej kilkoma autentycznymi lekarzami – z powieści wyłania się uniwersalny obraz osoby z wybujałym ego, mściwej, przekonanej, że jest lepsza od innych, a Opatrzność jest po jej stronie.
Jeśli wyobrazić sobie, że doktor Silas Aloysius Weir jest księżycem, i spojrzeć tylko na jego jasną stronę – widać jegomościa, która nie dopuszcza do siebie pojęcia niewolnictwa, ratuje dziewczynę osieroconą i schorowaną, napędzany jest ambicją rozwoju, przejścia do historii w glorii sławy. Jednak ciemna strona Weirowego księżyca dominuje tę jasną: doktor nie wierzy, że czarni mężczyźni i kobiety są równi białym; na wspomnianej dziewczynie prowadzi eksperymenty i traktuje z wyższością z powodu jej płci. Zawodowe ambicje zaś, pragnienie zajęcia miejsca w „panteonie amerykańskich pionierów nauki” zaspokaja w formie kontrowersyjnych zabiegów pełnych bólu i śmierci.
Weir do swojej asystentki mówi: „Myślisz, że możesz zachowywać się wobec mnie jak jedna z moich córek? Uśmiechać się i przewracać oczami. Ośmielasz się ze mną droczyć?”. Oates taką reakcją, jak również słowami, które doktor słyszy ze strony dziewcząt z tak zwanego dobrego domu, zdaje się sugerować, skąd u niego mroczne podejście do kobiet, nieczułość na ich cierpienie („Widział, słyszał, rozumiał, ale nie czuł cudzego bólu”). Oczywiście żadne to usprawiedliwienie dla niego, jak też dla wszystkich męskich przemocowców tego świata. Tak jak okolicznością łagodzącą nie może być surowość otoczenia rodzinno-religijnego i chęć zaimponowania swojemu pogardzającemu ojcu. Na dodatek mowa o postaci, dla której wszelka ułomność jest przepustką do tego, by nie traktować kogoś jak pełnoprawnego człowieka, ale jak obiekt eksperymentalny z jego „żałosnym życiem”. Dochodzi do tego, że jedna z pacjentek doktora, kiedy doświadcza podstawowej dobroci od kogoś innego, wyznaje: „Nikt z tego świata nigdy nie zwracał się do mnie w taki sposób. Nie protekcjonalnie, nie z politowaniem. Raczej z czułością. Z braterską troską. Trudno mi było odpowiedzieć, nie chciałam się zdradzać płaczem”.
Ktoś taki, jak doktor Weir w pojedynkę mógłby się nie uchować, gdyby nie sprzyjające okoliczności. Stwarzają je choćby „zaniepokojeni” mężczyźni, dla których „buntowniczy duch” ich żon i córek to coś, co ich krzywdzi – czemu trzeba zaradzić na przykład odesłaniem w miejsce odosobnienia, przymusowym leczeniem, nawet zabiegiem medycznym. Takie postawy tworzą się choćby przez brak edukacji, a właściwie uciekanie od niej, nieobecność szacunku i chęci dialogu, przeświadczenie o byciu lepszym od innych. Poczucie, że posiada się rację zawsze i wszędzie z Bogiem u swojego boku.
Joyce Carol Oates z pomocą tłumaczki Kaja Gucio (która z wyczuciem używa słów i zwrotów „chełpliwa nuta”, „pyszałkowaty”, „rzucił szelmowsko”) nie skupia się tylko na demoniczności Weira. Daje głos również jego ofiarom. Przytacza autentyczną postać poetki Phillis Wheatley; ona nie została niewolnicą na plantacji, lecz znaną poetką dlatego, że trafiła na wykształcone małżeństwo, które doceniło jej inteligencję, w ogóle człowieczeństwo, zapewniło edukację. Jedna z postaci w tej powieści przyznaje, że najcenniejsze dla niej nie były „ubrania, pończochy, spinki do włosów i grzebienie, ale czasopisma, broszury, gazety i kalendarze. Natrafiłam na te skarby w pojemnikach na śmieci (…)”. Bohaterki „Rzeźnika” starają się nie być tylko zamknięte pod każdym względem, bywa, że chcą się przebudzić, unieść głowę.
Przebudzić się może też Silas Aloysius Weir, zmienić swe postępowanie. Przecież widzi i słyszy na przykład, co mówi jeden z jego synów. Ma szansę przejść przemianę ten dziewiętnastowieczny lekarz, jak też współcześni mu podobnie myślący i postępujący. Może się to stać w każdej chwili.
We wczesnym dzieciństwie, jako chłopca o zamiłowaniu do nauki, ze wszystkich sprzętów interesował mnie jedynie mosiężny teleskop, ale kiedy podczas nielicznych wizyt w ojcowskim gabinecie przysuwałem go do okna, by popatrzeć na niebo o zmierzchu, nie potrafiłem zogniskować obiektywu i widziałem tylko dobicie własnego mrugającego oka, a gdy prosiłem Ojca, by mi pomógł, wzruszał ramionami z irytacją i mruczał: – Synu, kto ma czas na dziecinne zabawy!
Wyraźnie to teraz sobie przypomniałem. Kusiło mnie, by poprawić Ojca: „Życie bez czasu na dziecinne zabawy to nie życie”.
Rafał Kowalski © 2026
Joyce Carol Oates, Rzeźnik, przełożyła Kaja Gucio, Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2025, ss. 512
