Usiadł obok niej, ale nie potrafił niczego powiedzieć, bo jej nie poznał. Teraz zdał sobie sprawę, że musiała się bardzo zmienić, dlaczego tak się postarzała, dlaczego płacze i czy włożyła, tak jak prosił, jego czarne bluzy do prania. Kim jest i dlaczego tu tak cicho, mimo że ona płacze, mimo że przez otwarte okno wpadają dźwięki wielkiego miasta (…). A ona podniosła na niego zapłakane oczy, których nie poznawał, i zobaczyła, że patrzy na nią, ale jej nie widzi.

Nie wiem, czy Zośka Papużanka umie przyrządzać drinki. W każdym razie ma smykałkę do miksowania – przynajmniej w swoich dwóch ostatnich książkach, czyli „Żaden koniec” (Wydawnictwo Marginesy, 2023 r.) i „Solo” (Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu, 2025 r.), pochwałę dla reporterskiego szczegółu łączy ze snuciem opowieści w formie powieści. W pierwszej z wymienionych podkreśla znaczenie takich sytuacji prostych i istotnych, jak ogrzewanie chłodnych stóp literackiej żony; w złośliwości starszej osoby dostrzega tęsknotę za bliskością, docenia wrażliwość dziecka, gdy ono współczuje klaunowi, kiedy z klauna się śmieją. W „Solo” natomiast w reporterskim duchu na język powieści przetwarza zasłyszane historie przede wszystkim kobiet, które znalazły się na życiowym zakręcie.

Bohaterka jednej z tych historii ze swoimi dziećmi przechodzi przez próg nowego lokum – tymczasem jej mąż i ojciec tych latorośli nie wchodzi z nimi. W rezultacie ona zostaje w pięknym mieszkaniu na przykład z sześcioma szczoteczkami do zębów, jedną pralką, dwudziestoma ręcznikami, jedną samotnością. Uświadamia sobie, że tak naprawdę nie rozmawiali: „Rozmawialiśmy przecież, rozmawialiśmy o wszystkim, ale nigdy o nas. O dzieciach, o pracy, o filmach i jedzeniu, tylko nie o nas”. Inna z kobiet zamiast drobnego komplementu od (teoretycznie) bliskiej sobie osoby słyszy pytanie: „Czemu się pomalowałaś znowu? Nie lubię tego fluidu, lepiej wyglądasz bez. Nie gniewaj się, ale tak jest po prostu”. Jeszcze inna podkreśla, że nie po skończyła „dwa fakultety i studia podyplomowe, żeby się spotykać z kimkolwiek, z kim nie ma o czym porozmawiać”.

Właśnie brak słów odpowiednio dobranych, wypowiedzianych nie w porę, nieregularnie, wydaje się w tej książce przyciągać ciemne chmury („Tyle lat razem, a obcy”). Ze świadomością tego starają się postępować bohaterowie, kto wie, może nawet najlepszego opowiadania w tej książce, zatytułowanego „Barometr”. Poznali się rozmawiając, i nie przestają – o wojnie i robieniu dżemu, o żurawiach i ustawianiu stołu tak, by dobrze padało na niego światło („Potem wiele rozmawiali i ona już wiedziała, że koniecznie potrzebny jest nowy dom, całkiem nowy dom dla ich nowych słów (…)”). I nie chodzi tylko o wymianę zdań z drugim człowiekiem, ale też rozmowę samej/samemu ze sobą – w „Solo” jedna z kobiet podkreśla: „Nauczyłam się kochać człowieka i trudno się było oduczyć, żeby nauczyć się kochać siebie”; inna siada przy stole, by uważnie i dokładnie wsłuchać się we własną ciszę, w „swoją miłość jak w puste mieszkanie”. To wydaje się tym bardziej ważne, kiedy chce się znów znaleźć na prostej drodze, samemu lub z kimś.

Zośka Papużanka umiejętnie też stara się dobierać słowa. Czasem pomysłowo bawi się nimi, jak w opowiadaniu „Scrabble”, kiedy w brakujące miejsce w słowie „W_jście” można wstawić litery „e” lub „y”. Albo gdy tworzy takie zdanie: „Hasztag kochamcie hasztag mamydzieci hasztag maszsiewyniescwciagudoby”. Niekiedy przemyca interesujące metafory, jak wtedy, kiedy pisze o zakupie butów przez literacką matki dla jej syna: „Chciał białe, ale go przekonałam, że to niedobry pomysł. Białe się najszybciej brudzą” – w opowiadaniu, w którym kochanka męża ma upodobanie do bieli. Albo gdy fioletowy dżem, ważny w życiu bohaterów jednego z opowiadań, spadł na popielate płytki podłogowe i zalśnił nieregularną plamą… Autorka czasem żongluje też pomysłami na formę tekstu, kiedy jeden z nich przerabia na ironiczną baśń. A w tekście „Szklane oko” jakby bawi się z osobą czytającą, właściwie do końca trzymając napięciu pewną tajemnicę… Swoje niemałe role grają też przedmioty, jak leżak, korale z filcu, komplet sześciu kryształowych kieliszków do wina.

Zośka Papużanka, tak się wydaje, nie stworzyła „Solo” jako podręcznika-recepty na udaną relację między ludźmi. Nie daje gotowych odpowiedzi, po prostu opowiada historie bez świadomości, jak zostaną odebrane, kto z nich co wyłowi. Nie ma pojęcia, kiedy na przykład usłyszymy pytanie: „Od bardzo dawna już nie zapytałaś, co u mnie. Może byś zapytała, co u mnie?”, jaką odpowiedź na nie damy, czy w ogóle damy. To już zależy od nas.

(…) to jest barometr, musi być barometr w widocznym miejscu, bo trzeba koniecznie zauważyć zmianę pogody, na morzu nie ma nic ważniejszego, że kto wie, może któregoś dnia będzie chciał wypłynąć i po prostu wypłynie, a na razie barometr jest potrzebny, bo człowiek sam o sobie nie decyduje tak do końca. To dobrze, że niczego nie trzeba tak dokładnie planować, bo nie wiadomo, jakie będzie ciśnienie. Barometr nas ostrzega. Wprowadza w nasze zakochane życie pewność co do tego, że niczego nie wiemy.

Rafał Kowalski © 2026

Zośka Papużanka, Solo, Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu, Poznań 2025, ss. 208