Wyglądało na to, że na Mary Anne Bell Wietnam podziałał jak potężny narkotyk: dał tę kombinację nienazwanej grozy i nienazwanej rozkoszy, kiedy igła wchodzi w żyłę i człowiek wie już, że czymś tu ryzykuje. Zaczynają płynąć endorfiny, adrenalina też i ze wstrzymanym oddechem suniesz przez rozświetlony księżycem teren, dojmująco doświadczasz niebezpieczeństw, wchodzisz w styczność z własną ciemną stroną, jakby twoją drugą półkulą, i chcesz to przeciągnąć jak najdłużej, iść w ten trip, gdzie cię poniesie, dać miejsce wszystkim możliwościom, które się w tobie kryją. To nie jest złe, mówiła. Wietnam sprawił, że jarzyła się w ciemnościach. A chciała jeszcze więcej, chciała przeniknąć głębiej w tajemnicę siebie samej i z czasem ta chęć przerodziła się w pragnienie, a to z kolei w łaknienie.
Według Tima O’Briena wspomnienia niekiedy prowadzą do opowieści, wtedy stają się wieczne. Dzięki temu, uważa, kiedy ze wspomnień nic nie zostaje, do zapamiętania jest już tylko opowieść. W rezultacie w tym zbiorze (wydanym przez Wydawnictwo Czarne w tłumaczeniu Tomasz Gałązka) uwiecznia na przykład swoją dziecięcą miłość, kolegów z wojny w Wietnamie, młodziana, który po powrocie stamtąd chciał z kimś porozmawiać; upamiętnia też przemyślenia, obrazy, zapachy.
Proza w „To, co nieśli” dotyczy przede wszystkim okresu, kiedy jej Autor jako żołnierz armii USA służył w Wietnamie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Próżno jednak szukać w nich krwawych bitew i wydarzeń przełomowych dla tej wojny. Zamiast tego jest na przykład ciemność otulająca coraz bardziej, ugniatająca człowieka od wewnątrz, odcinająca od świata zewnętrznego, kiedy górę bierze wyobraźnia. Wtedy tym bardziej można mieć wrażenie, że wokół słyszy się mnóstwo rozmaitych głosów, niekoniecznie ludzkich – kiedy mówią skały, mgła, drzewa. Wietnam w tej książce to również woń mchu, różowawa czerwień zalewająca rzekę o zmierzchu, strach zmuszający do zwracania uwagi na rzeczy dotąd niedostrzegalne, monotonia i ataki paniki; kłująca świadomość własnego ciała w formie zmęczenia, porządek zlewający się z chaosem, gapienie się „z rozdziawionym pyskiem na upiorny majestat śmierci”.
To również ludzie, których w każdej chwili może zabraknąć, reagujący różnie w chwilach próby i bezruchu. Na widok tańczącej dziewczyny w spacyfikowanej wiosce, kiedy jeden żołnierz zaczyna ją parodiować, drugi łapie go z tyłu, unosi wysoko, zanosi nad głęboką studnię i pyta, czy życzy sobie być do niej wrzuconym. Dowódca ma wyrzuty sumienia, że tak bardzo myślał o dziewczynie, w której jest zakochany, że obwinia się za śmierć podkomendnego. Inny żołnierz mierzy się z sugestywną przemianą swojej ukochanej, którą ściągnął do Wietnamu. Jeszcze inny doświadcza poczucia, jak to jest zabić po raz pierwszy. Wszyscy oni coś niosą, na przykład konserwy wzór P-38, szczęśliwy kamyk, atmosferę z parnością i monsunami, ciężar wspomnień.
Tim O’Brien przenosi też w czasie i przestrzeni poza Wietnam. Jak w przejmującej opowieści o młodym człowieku, który po powrocie do domu bardzo chce rozmawiać na przykład ze swoim ojcem, i z dziewczyną, która wyszła za mąż. Miasteczko jednak nie potrafi mówić, nie chce słuchać, a i jemu samemu nie jest dobrze z opowiadaniem o pewnych sprawach. Pojawia się też wątek dziecięcej miłości, a przy tym refleksja o obecności w nieobecności i pochwała zwyczajnych momentów, jak wspólne siedzenie przed drzwiami wejściowymi i patrzenie w ciemność. Jest też szpagat młodzieńca między udziałem w wojnie a możliwością ucieczki („Miałem dwadzieścia jeden lat, byłem zwykłym młodziakiem mającym zupełnie zwyczajne marzenia i ambicje, chciałem tylko toczyć takie życie, do jakiego się urodziłem, regularny żywot – uwielbiałem bejsbol i hamburgery, i wiśniową coca-colę – a teraz byłem o włos od emigracji, opuszczenia ojczyzny już na zawsze, wydawało się to takie groteskowe i straszne, i smutne”).
Tomasz Gałązka przetłumaczył tę książkę w swoim dobrym stylu: z pewnością słowa i wyczuciem potoczności („Tajest”, „Tarabanili się w mrok”, „deczko opuścić”, „Huk był sakramencki”, „robili jakieś chryje”, „płożąca się mgła”). Autor zaś przyznaje, że jego potrzeba opowiadania jest sposobem na łapanie innych za koszule i tłumaczenie im, co przeżył; proces naturalny i nieunikniony jak odkasływanie.
Dziwna sprawa, ale najbardziej żyje ten, kto jest o włos od śmierci. Wtedy rozpoznaje się to, co najcenniejsze. Na nowo, zupełnie jakby po raz pierwszy kocha się to, co najlepsze w sobie i w całym świecie, to, co można utracić. Gdy nadchodzi zmrok, siedzi się w okopie i wygląda na szeroką rzekę, którą zalewa różowawa czerwień, i na góry za nią, i choć rano trzeba będzie tę rzekę sforsować i pójść w te góry za nią, i robić tam straszne rzeczy, o może nawet zginąć, to jednak człowiek łapie się na tym, że obserwuje te delikatne gradacje kolorów na wodzie, czuje zachwyt i podziw dla zachodów słońca, że wypełnia go krzepka, aż bolesna miłość do świata, jaki mógłby być, jaki zawsze powinien być, ale teraz akurat nie jest.
Rafał Kowalski © 2025
Tim O’Brien, To, co nieśli, przekład Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Czarne 2025, ss. 264
