Jak ta rzeka, żaden kochanek mnie nie pocieszył. (…) Dla rzeki rzuciłam miasto. Wysiadłam z pociągu, od razu ją poczułam. Prosto ze stacji do koryta. Rozebrałam się i w wodę. Nie ma dnia, żebym nie zeszła nad rzekę. Więcej w tej wodzie jestem niż w domu. W lato wypuszczam się na całe noce. Pływam, leżę na brzegu, śpię. W mocne zimy siekierą w lód i przerębel gotowy – nogi zanurzyć, zrobić nożyce, kilka minut, jedna seria. Wiosną pływam z kawałkami kry, gładko nie jest, to nie są delfiny.
Zyta Rudzka, niewykluczone, powinna się gdzieś ukryć. Przed tymi, którzy po przeczytaniu choćby jej dwóch ostatnich książek pomyślą, że skoro literacko umie rodzić silne kobiety – kogoś takiego dla wielu osób zechce powić naprawdę. A ona na taką hurtowość może nie mieć ani chęci, ani siły… Żarty na bok. Poważnie trzeba napisać, że zarówno Wera z książki „Ten się śmieje, kto ma zęby”, która miała swoją premierę w 2022 roku, jak i Lida z „Tylko durnie żyją do końca” (premiera tegoroczna, obie wyszły nakładem Wydawnictwo W.A.B.) faktycznie potrafią z przytupem nie dawać sobie w kaszę dmuchać. Zarazem umieją zatęsknić, zapłakać, chcą być kochane. Dzięki temu są bardziej prawdziwe.
Fryzjerka Wera i nauczycielka Lida są do siebie podobne. Ta pierwsza, dla przypomnienia, miewa swoje gwałtowne odpływy i przypływy z dżokejem, który umie prosić o przebaczenie i nie boi się jej. W swojej przeszłości nic nie wiedziała na przykład o tym, z czym może wiązać się pierwsze naturalne cieknięcie krwi z jej ciała. Mało kogo i czego się obawia… Lida, jak o sobie mówi – z ptaszyc szponiastych, potrafi dać popalić księdzu, aktorzynie i swojemu zwierzchnikowi w szkole; do tego zatańczyć na stole w sytuacji, w której tańca wielu się nie spodziewa. Ona też nie miała łatwego dorastania; jej trener potrafił jej powiedzieć, że z „takimi cycami to na ulicę albo do rozrodu”, a inni się z tego śmiali. I jej związki z mężczyznami trudno porównać do morza bez fal.
Autorka tych Lidowych facetów nie spycha na dalszy plan, nie są statystami. Jak Roch, który niczym osobliwa męska muza w jednej dłoni umie dzierżyć szklankę z bimbrem z pigwy, a w drugiej egzemplarz „Fenomenologii ducha” Hegla. Pojawia się również złożona postać ojca i innej nauczycielki, która rozpaczliwie mówi: „Powiedz, jakich miałaś. Powiedz mi o każdym. Tylko powoli i po kolei”. Są tu też zwierzęta, wśród nich Elvis („Może i świnia, ale nasza krew. (…) Roch nie lubił Elvisa, byli do siebie podobni. Tylko by żarli, leżeli w sadzie, wsadzali łeb miedzy nogi i kazali się szurać po zadzie”), i psy skrzywdzone w przeszłości („Czasem raz się poznasz na człowieku, a na całe życie nauki wystarczy”). Można powiedzieć, że te czworonogi mają w sobie więcej człowieczeństwa niż na przykład miejscowy kapłan ze swoim diabelskim podejściem do pewnej uczennicy.
Ponadto są rzeka, o której Zyta Rudzka miejscami pisze tak, jakby pisała o żywej istocie, i las, chociaż ten wcale nie jest romantyczny („Nawet w większej rozpaczy czy po pijaku żadnego wiersza ku pokrzepieniu nie sklecisz”). Jest też charakterystyczny dla Zyty Rudzkiej język: jak seria z karabinu, prosty, ale nie prostacki, pomysłowy i niepłytki, niekiedy mocno namacalny, na przykład: „Siekał przeboje, walił tasakiem po otwartym sercu”; „Starość wyskrobała z ojca resztki elegancji”; „Urabiam się w ludzkim wrzasku”; „Ranek chłodny, a nagle wybuchł upał. Wir jak tornado, ścięło mnie”; „Tylko uczucia wyższe mu nie wychodziły”.
Lida z innym postaciami i przyrodą w tej książce tworzy jeden organizm, sugerujący, by inni go nie oceniali, bo nic im do tego. Zamiast tego lepiej poznać ten organizm bliżej – wtedy jest większa szansa na zrozumienie, czemu na przykład Lida weszła na stół i zaczęła tańczyć, dlaczego jej ojciec jest tak bezradny życiowo, skąd atak na kogoś, kto zwłaszcza w małych społecznościach bywa bogiem na ziemi.
Już raz tylko ustałam, na krótko, dla lepszego oddechu. Myślałam, to moja uczennica tam stoi, a to było jej drzewo. Po co aż tam zalazła? W śniegu, po zaspach. Pewnie myślała, prędzej ją śnieg powali, mróz skuje i nie trzeba będzie się wieszać. Na pogrzebie nie byłam. Uczniowie donieśli, ksiądz do niej się zwrócił: czy to ładnie tak się wieszać, jak na stole wigilia. On się pyta tylko tych, co nie mogą odpowiedzieć, tych w trumnie. Taka jego przewaga. Zawsze w gacie zaglądali. Takie są szkolne w kiblu zabawy. A teraz zrobią telefonem zdjęcie i cały świat to widzi. I co zrobisz? Nic, powiedział dyrektor w nauczycielskim. I więcej tematu nie było. Tu i o żywych uczniach mało się mówi.
Rafał Kowalski © 2025
Zyta Rudzka, Tylko durnie żyją do końca, Wydawnictwo W.A.B. 2025, ss. 208
