Kobieta zamarła w bezruchu, zmieszana, a jednocześnie oczekująca. Uczyniła ruch rękami, jakby w geście odmowy, ale nie powiedziała wyraźnie, o co chodzi. Mężczyzna szybko wylał na jej nagie ciało ciepłą wodę z miedniczki i bez myjki, namydloną ręką nacierał jej skórę. Zaczął od uszu, potem przesunął dłonie pod brodę; myjąc plecy, objął je jedną ręką, dotykając jednocześnie piersi. Kobieta krzyknęła i opierając się o jego piersi i brzuch osunęła się na kolana. Była to niewątpliwie pozycja oczekiwania. Lecz mężczyzna wcale się nie spieszył. Z rozmysłem, powoli przesuwał palce z miejsca na miejsce, masując dokładnie.

Niemal na każdej stronie tej powieści autorstwa Kōbō Abe (wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w tłumaczeniu Mikołaja Melanowicza) obecny jest piasek. Kiedy zanurzy się w niego dłonie i odgarnie, dostrzec można czułość i złość, śmiech, gwałtowność i bezradność w relacji kobiety i mężczyzny. Również to, do czego zdolny może być ktoś osadzony w biedzie i lekceważeniu. A także fakt, że człowiek nie jest panem przyrody; w określonych sytuacjach może przejawiać zachowanie owadów, i vice versa.

Mężczyzna wyrusza poza miasto, w którym mieszka, by odkrywać nowe gatunki owadów. Jest on jednym z głównych bohaterów tej powieści, podobnie jak tytułowa kobieta. Jest jeszcze ktoś/coś: piasek. Kōbō Abe pisze, że póki „wieje wiatr, płyną rzeki i burzy się morze, dopóty zrodzony z ziemi piasek pełzać będzie po ziemi bez ograniczenia, niby żywa istota”. Nie odpoczywa, naciera na powierzchnię ziemi. Jeśli dodać do tego, że piasek w tej powieści potrafi zniewalać, pić mgłę do syta, wpływać na ludzkie zachowanie, być źródłem życia – podczas lektury można mieć wrażenie, że faktycznie ma się do czynienia z istotą żywą.

W tej książce pierwotne instynkty mogą brać górę nad wykształconym człowieczeństwem, a pewien gatunek pająka rozwijać „swe instynkty, obcując z człowiekiem”. Ponadto japoński pisarz jakby chciał zasugerować, że lepiej powstrzymywać się od płytkiej oceny pewnych zachowań – bo za robieniem krzywdy komuś przez kogoś może stać krzywda tego drugiego. I nie chodzi o usprawiedliwianie czy pochwałę pewnych poczynań, lecz o potrzebę spojrzenia szerzej i głębiej.

Kōbō Abe niekiedy pisze tak, że ma się poczucie obcowania z poetą słowa, na przykład: „Czas układał się warstwami niczym głębokie fałdy na podbrzuszu węża. I gdyby nie zatrzymywał się na każdym zagięciu, nie mógłby posuwać się naprzód. Ale w każdej fałdzie, pod rozmaitymi postaciami, kryły się zwątpienia – każde z własną bronią. Trzeba niezwykłego wysiłku, aby polemizując z nimi lub ignorując je, przełamywać się i iść naprzód”. Przede wszystkim jednak potrafi wytworzyć atmosferę klaustrofobii; czegoś gęstego, oblepionego czymś, bardzo namacalnego („Wcisnął głowę do dołu, przytulił płonące czoło i chłonął pełną piersią zapach piasku”). I chociaż okoliczności, w których dzieje się większość akcji tej powieści (zdarzają się retrospekcje) mogą wydać się nietypowe, mogą być metaforą zwykłego mieszkania, domu, kraju, może nawet całego świata.

Bilet w jedną stronę – to życie rozbite, w którym utracona została łączność między dniem wczorajszym a dzisiejszym, dzisiejszym i jutrzejszym. Tylko człowiek, który mocno trzyma w ręku bilet powrotny, może nucić przez nos tę pełną bólu pieśń o bilecie w jedną stronę. Dlatego gotów jest poświęcić wszystko, aby nie zgubić lub nie pozwolić ukraść sobie połówki powrotnego biletu; kupuje udziały, podpisuje ubezpieczenie na życie, mówi podwójnym językiem – innym ze związkami zawodowymi, a innym ze swymi przełożonymi. (…) Nie byłoby wcale dziwne, gdyby blues o bilecie w jedną stronę był pieśnią uwięzionej ludzkości.

Rafał Kowalski © 2025

Kōbō Abe, Kobieta z wydm, przełożył Mikołaj Melanowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 2025 (pierwsze polskie wydanie 1968), ss. 208