The Light For Days
Jacob Collier
Hajanga Records, Interscope Records / Decca 2025, TT: 36’00”

Po sześciu latach międzygalaktycznej dźwiękowej podróży, jakim był monumentalny cykl „Djesse”, Jacob Collier robi coś zupełnie nieoczekiwanego. Zamiast kolejnej feerii barw, rytmów, chóralnych eksplozji, zaskakujących aranżacji, wielopiętrowych harmonii przynosi nam album skromny i wręcz ascetyczny.

Album „The Light For Days” to Jacob Collier bez filtrów, bez nadmiaru, bez ucieczki w warstwy i efekty. To płyta, która pozwala usłyszeć ciszę między dźwiękami.

„Jedną z rzeczy, na których naprawdę chciałem się skupić, było ograniczenie do jednego instrumentu” — mówi Collier w wywiadzie dla Guitar.com. To założenie stało się sercem jego najnowszego albumu, który artysta nagrał w zaledwie cztery dni, używając tylko pięciostrunowej gitary akustycznej (strojenie DAEAD) i własnego głosu.

W tym samym wywiadzie Collier mówi: „Musiałem działać tak szybko, że nie mogłem niczego kwestionować — musiałem zaufać procesowi. Efekt jest ciepły, surowy, niedoskonały, ale bardzo bliski mojemu sercu.”

Te słowa artysty mówią o sednie tej płyty – zaufaniu prostocie. Po latach wręcz obsesyjnie perfekcjonistycznego dopracowywania każdej nuty, Collier pozwala sobie na niedoskonałość — i właśnie w niej odnajduje nowy rodzaj piękna.

Dla fanów Colliera przyzwyczajonych do symfonicznego chaosu, który cechuje serie „Djesse”, ten album może być szokiem. Zamiast setek ścieżek — jedna gitara. Zamiast wielotysięcznego chóru — jeden głos. Ale właśnie w tej rezygnacji kryje się coś wyjątkowego.

Jeśli „Djesse” było podróżą między galaktykami, to „The Light For Days” jest powrotem do domu, a brzmieniowo najbliżej mu do debiutanckiego „In My Room”. Tym razem Collier brzmi jednak dojrzalej, spokojniej, mniej zachłannie, a jego najnowsza muzyka brzmi, jak wyznanie.

Największą wartością tego albumu jest autentyczność. Nie ma tu monumentalnych momentów, nie ma polifonii, które trzeba rozkładać na warstwy i analizować, jak fugi Bacha, jest tylko artysta z gitarą, śpiewający bez planu i bez filtra.

Album „The Light For Days” to zaledwie 36 minut muzyki, 11 utworów, z czego połowa to własne kompozycje, a reszta to reinterpretacje m.in. The Beatles, Jamesa Taylora i The Beach Boys. To swoisty oddech po sześciogodzinnym maratonie „Djesse”.

Na swojej najnowszej płycie Collier rezygnuje z wirtuozerii na rzecz liryki i intymności. Każdy szelest strun, każdy oddech wokalisty pozostaje słyszalny — jakbyśmy siedzieli w tym samym pokoju, tuż obok.

W świecie, w którym Jacob Collier przez lata udowadniał, że w muzyce potrafi niemal wszystko jego najnowszy album „The Light For Days” jest dowodem, że potrafi i nie musi niczego nie udowadniać, a jego nowa muzyka brzmi jak rozmowa z samym sobą. Ten album pokazuje artystę, który przestał próbować imponować i zaczął po prostu mówić.

Album „The Light For Days” Jacoba Colliera polecam zdecydowanie.

Jacek Bulak © 2025

Albumu można posłuchać w serwisie Apple Music.