W każdym razie czuło się ciepło ludzi, ich oddech. A teraz było jakoś dziwnie i to budziło lęk: rozpalone sierpniem miasto, oślepiająca panorama prospektu, wypalone słońcem niebo na horyzoncie, ciężka zieleń alei, a przy tym – żadnego głosu, żadnego ruchu, tak jakby wszyscy przechodnie, wszyscy mieszkańcy miasta, dorośli i dzieci pochowali się za drzewami, bawiąc się w tylko im znaną grę i coś ukrywając. To budziło jeszcze większy lęk. Przecież oni gdzieś tu są. Ale gdzie? Jakbyś trafił do snu i doskonale wiedział, że to sen, że tak nie może być, że coś tu nie gra, coś jest przesunięte, wykrzywione, że wystarczy wyjrzeć za róg, za drzewo, za sklepową wystawę – i wszystko wróci na swoje miejsce, wszystko się wyjaśni.
Pisarz Serhij Żadan, który jako ochotnik walczy w szeregach Gwardii Narodowej Ukrainy, w tym zbiorze opowiadań (wydanych przez Wydawnictwo Czarne, przetłumaczonych przez Michała Petryka) skupia się nie na anonimowej grupie ludzi na polu bitwy, lecz na pojedynczych osobach poza linią frontu. Na ich pragnieniach, osamotnieniu, relacjach z najbliższymi. Często pisze coś bezlitośnie oszczędnie i subtelnie, bez sugerowania wprost, z zaufaniem dla wrażliwości i wyobraźni osoby czytającej.
Przykładem takiej sugestii jest opowiadanie o pożegnaniu zabitego żołnierza w cerkwi. Wśród przybyłych są dwie kobiety, z których jedna patrzy na drugą tak, że „wypala wszystko wokół zielonymi oczami”; mierzą się wzrokiem, a „wokół nich gęstnieje mrok”. Autor nie skupia się na rzekomym romansie, jego ewentualnym początku, przebiegu i końcu – lecz na tym, co te kobiety mogą odczuwać w konkretnym momencie. Tak jak w innym opowiadaniu większego znaczenia nie ma, czy dziewczyna i dzieci, którymi ona się opiekuje, zachowują godność w „ciuchach ze szmateksu”. Bardziej istotne, co jest w jej wzroku, czego „nie dojrzysz, nie znajdując się na jej miejscu”; co jest skomplikowane, ale trwa, a dzieci tulą się do niej. Nie wiadomo też za wiele – to jeszcze inne opowiadanie – o kobiecie na mglistym i wypłowiałym zdjęciu. Niedługo wcześniej zmarła, ale na fotografii stoi i patrzy w przyszłość, gdzie czekało na nią „długie życie, po równo wypełnione dobrem i złem”.
Dwoje ludzi pragnących bliskości spotyka się w pokoju hotelowym. Kilku młodych chłopaków przechodzi przyspieszony kurs dorosłości, matka i córka „trzymają się siebie nawzajem”, awanturują się, a później „przytulają i płaczą”… Serhij Żadan rzuca też światło na przedmioty, jak dwa fortepiany stojące w szkolnej sali teatralnej („Ciężkie, ciemne, podobnie do rannych zwierząt”). Również na czas jak promień na ostrzu noża, wiatr wywiewający z ciał resztki cierpliwości, zapach starych książek („pachną nie lepiej niż starzy ludzie. Szczególnie nieczytane. Pachną biedą i brakiem miłości”). Do tego w jego opowiadaniach dużo jest przenikliwej pustki, obecnej nie tylko w ludziach, ale też na placu i torach tramwajowych zarośniętych trawą; w mieście jak zwierzę ze złamanym kręgosłupem, w szarości i przezroczystości, w której nie ma na czym zawiesić wzroku.
Tym bardziej warte docenienia jest choćby to, jak wygląda ślub w jednym z opowiadań. Jest tam poczucie wstydu choćby z powodu dłoni odbarwionych benzyną, nieporadność, prostota, humor (pan młody chce zaśpiewać piosenkę o swojej mamie, lecz panna młoda prosi, by tego nie robił z komentarzem, że jak się będzie z mamą żenił, to zaśpiewa). Ale przede wszystkim jest tam chęć życia, i to jest najważniejsze.
Słońce dawało poczucie bezpieczeństwa, jakbyś wchodził w namalowany przez kogoś krąg i stawał się niewidoczny dla śmierci. Dlatego chciało się stać i czekać w oślepiającym świetle, słuchając krzyku ptaków w niebie, aż Misza nie dopali. Jak w dzieciństwie – stoisz razem z dorosłymi, oni osłaniają cię przed światem i dzięki temu robi się bezpiecznie i spokojnie. Wiesz, że w razie czego cię obronią. Tylko że teraz dorośli – to my. I jedyne, co nas wypełnia – to nasza bezbronność; przenikliwa, bolesna, bezdenna. Więc trzymamy się czegokolwiek, co zapewnia schronienie, zapewnia równowagę. Tego cholernego wiosennego słońca, tej niedzieli, pustego miasta, które prześwituje na wylot jak ryza papieru.
Rafał Kowalski © 2025
Serhij Żadan, Arabeski, przełożył Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne 2025, ss. 112
