Niedzielne wybory prezydenckie pokazały coś, czego wielu z nas wolałoby nie widzieć. Ale trzeba to powiedzieć jasno i bez owijania w bawełnę: poglądy faszyzujące mają się w Polsce coraz lepiej. I to nie jest metafora. To nie jest hiperbola. To nie jest alarmistyczne bicie w dzwony „na wszelki wypadek”. To jest rzeczywistość, w której coraz głośniej i bezczelniej wybrzmiewają hasła, które jeszcze dekadę temu nie przeszłyby przez gardło nikomu z ambicjami politycznymi. A dziś? Dziś przynoszą punkty w sondażach.

Za łatwo zapomnieliśmy, czym jest demokracja. Traktujemy ją jak pogodę — czasem lepsza, czasem gorsza, ale zawsze będzie. Otóż nie. Demokracja nie jest stanem naturalnym. Demokracja to nie grawitacja. To nie jest coś, co po prostu jest, bo nie wyobrażamy sobie, że mogłoby jej nie być. Demokracja to wybór — codzienny, trudny, wymagający myślenia, odpowiedzialności i odwagi. I to wybór, który trzeba powtarzać — nie tylko przy urnie, ale w rozmowach, w mediach, w internecie, w szkole, w domu.

A tymczasem co się dzieje? Wybory pokazują, że rosną w siłę kandydaci, którzy nie ukrywają swojej pogardy dla praw człowieka, dla mniejszości, dla wolności mediów i niezależnych instytucji. Kandydaci, którzy szermują nacjonalistyczną retoryką, którzy promują homofobię, mizoginię i kult siły. Kandydaci, którzy marzą nie o silnym społeczeństwie obywatelskim, ale o silnej ręce władzy. Kandydaci, którzy nie chcą Polski otwartej, solidarnej i europejskiej, ale Polski zamkniętej, wykluczającej i przestraszonej. I co gorsza — ta retoryka znajduje posłuch.

Nie, to nie jest „wyraz niezadowolenia społecznego”. To nie jest „głos ludu przeciw elitom”. To nie jest „krzyk ludzi z prowincji, którzy czują się zapomniani”. To są ziarna autorytaryzmu, które kiełkują w sercu naszej demokracji. I jeśli ktoś jeszcze naiwnie wierzy, że „to tylko słowa”, że „to się nie może stać naprawdę”, to niech spojrzy na historię. Bo historia uczy jedno: kiedy zaczynają mówić takim językiem, a my nie reagujemy — to w końcu zaczynają działać.

Musimy przestać się łudzić, że demokracja obroni się sama. Nie obroni się. Demokracja to nie system, to codzienny wysiłek milionów ludzi, by chronić prawa innych, nawet tych, z którymi się nie zgadzamy. To świadomość, że wolność nie polega na tym, że mogę powiedzieć wszystko — ale że inni mają prawo być inni i żyć po swojemu.

Jeśli nadal będziemy wzruszać ramionami, mówić „to tylko wybory”, „to tylko jedna kadencja”, „to tylko margines”, to któregoś dnia obudzimy się w kraju, który z demokracją nie ma już nic wspólnego — choć dalej będzie miał wybory, flagę i hymn. I nie będzie wtedy kogo winić. Bo to nie „oni” zawiedli. To my zawiedliśmy. My — milczący, zmęczeni, obojętni.

Czas się obudzić. Bo historia naprawdę lubi się powtarzać. A my — jak widać — za łatwo zapominamy.

Robert Majewski © 2025