Jeszcze kilkanaście lat temu samozatrudnienie było w Polsce synonimem niezależności. Własna firma, własne decyzje, własne dochody – to brzmiało jak spełnienie zawodowych marzeń. Dziś jednak, gdy liczba samozatrudnionych zbliża się do dwóch milionów, coraz częściej mówi się o tym zjawisku w negatywnych barwach. Czy rzeczywiście samozatrudnienie to zło? A może to po prostu symptom chorego rynku pracy?

Pracodawca bez obowiązków

Nie oszukujmy się – większość samozatrudnionych w Polsce nie prowadzi własnego biznesu, tylko… nadal pracuje dla jednego pracodawcy. Tyle że zamiast etatu mają działalność gospodarczą, dzięki czemu firma nie musi martwić się składkami, urlopami ani ochroną zatrudnienia. „Bierzemy cię na B2B” – słyszy kandydat podczas rozmowy rekrutacyjnej, a w domyśle: „Dzięki temu nie musimy ci dawać urlopu, odprawy ani płacić ZUS-u jak za pracownika”.

Z perspektywy pracodawcy to genialne rozwiązanie – maksymalizacja zysków i minimalizacja kosztów. Z perspektywy samozatrudnionego? Różnie bywa. Jeśli zarabia dużo, oszczędza na podatkach. Jeśli zarabia przeciętnie – może tylko pomarzyć o stabilizacji. Bo gdy zachoruje, to nie ma wynagrodzenia. Gdy chce jechać na urlop, to nie zarabia. Gdy kończy mu się kontrakt – musi szukać nowego.

ZUS i podatki – miecz obosieczny

Samozatrudnienie kusi niższymi kosztami – przynajmniej na początku. Wiele osób przechodzi na B2B skuszonych wizją podatku liniowego (19%) zamiast progresywnego PIT czy możliwością wrzucania wydatków w koszty. Ale to tylko część prawdy. Po okresie preferencyjnych składek ZUS nagle rośnie do prawie 2000 zł miesięcznie – bez względu na to, czy mamy klientów, czy nie. A gdy firma przestaje generować dochody? To już problem samozatrudnionego.

Etatowcy mogą spać spokojnie – mają prawo do zasiłku, ich składki są opłacane regularnie. Osoby na działalności? Sami muszą odkładać na trudniejsze czasy. A wiadomo, jak to bywa – odłożone pieniądze często szybciej się rozchodzą, niż się odkładają.

Co na to państwo?

Państwo udaje, że nie widzi problemu. Bo samozatrudnieni to skarb – płacą ZUS i podatki, nie obciążając przy tym systemu ubezpieczeń społecznych tak bardzo, jak etatowcy. Nie trzeba się martwić o prawa pracownicze, nie ma masowych zwolnień, nie ma potrzeby interwencji. Problem zaczyna się, gdy samozatrudniony przestaje być dochodowy – wtedy okazuje się, że nie ma ochrony socjalnej, a po latach harówki czeka go głodowa emerytura.

Samozatrudnienie: wolność czy pułapka?

Czy zatem samozatrudnienie to zło? Nie – jeśli jest wyborem, a nie przymusem. Nie ma nic złego w pracy na własny rachunek, jeśli faktycznie prowadzimy biznes, zdobywamy klientów i mamy realną niezależność. Ale jeśli samozatrudnienie to tylko ukryty etat, który służy wyłącznie ominięciu kosztów przez pracodawcę – to już patologia.

A może problem nie leży w samej formule samozatrudnienia, tylko w tym, jak działa polski rynek pracy? Bo jeśli tak wiele osób ucieka z etatu na B2B, to może warto zapytać, dlaczego etat przestał się opłacać?

Jedno jest pewne – epidemia samozatrudnienia nie wzięła się znikąd. I dopóki pracodawcy, rząd i sami samozatrudnieni nie znajdą uczciwego kompromisu, ta choroba będzie się tylko rozprzestrzeniać.

Robert Majewski © 2025