Kiedyś jeszcze miał kurki, ale już nie chowa. Wiosną zasieje warzywa, latem przytnie trawę, jesienią zbierze jabłka, a zimą napali w piecu. Potem już tylko herbata, jakieś krzyżówki, radio i stół w kuchni obok pieca.
Stary był dobrym człowiekiem, ale nikt już tego nie widzi. W ogóle prawie nikt na niego nie patrzy. Może jeszcze w sklepie.
Ostatniej zimy zaniemógł. Jakaś grypa położyła go do łóżka. Przyszedł lekarz, przepisał lekarstwa i poszedł. Stary nie wychodził z domu całe dnie. Z komina nie leciał dym. Pewnego razu usłyszał pukanie do drzwi. Zwlókł się z posłania. W drzwiach zobaczył Zbyszka. Stary wystraszył się, bo Zbyszek to był bandzior za młodu. Teraz już się uspokoił, ale nigdy nie wiadomo, co takiemu do głowy przyjdzie.
– Może w piecu napalić albo coś ze sklepu przynieść? – zapytał Zbyszek.
Stary oniemiał, ale wpuścił go do domu. Zbyszek uwinął się w trymiga. Potem usiedli przy stole. Stary naparzył herbaty, wyjął krakersy. Zaczęli gadać. Najpierw niemrawo, z każdym kolejnym dniem coraz więcej i dłużej.
Zbyszek zadomowił się u starego, a stary co rano czekał na Zbyszka. Ludzie mówią, że zimą ciepła więcej potrzeba, że nawet kot i pies tulą się do siebie. Mówią też, że zimą to nawet diabeł z aniołem przestaliby walczyć, gdyby im na to Pan Bóg pozwolił.
Zbyszek i stary przesiedzieli przy stole całą zimę. Właściwie więcej milczeli, niż rozmawiali, ale Zbyszek tak bardzo wiedział, czego stary nie mówi, jak żaden do tej pory nie wiedział. Z każdym dniem coraz bardziej zatapiali się w ciszę. Patrzyli w ogień albo w szpary w podłodze, a ich milczenie zastępowało wszystko, co do tej pory usłyszeli. Nawet jak Zbyszek wieczorem wracał do domu, to tak jakby wcale nigdzie nie wychodził.
Stary mógłby tak siedzieć ze Zbyszkiem już do końca życia. Aż w końcu, pod koniec zimy, Zbyszek wstał i powiedział, że robotę w mieście znalazł i musi jechać. Ale na następną zimę wróci.
Od tamtej pory stary jest jednym wielkim czekaniem. Tym czekaniem robi sobie śniadanie, pierze, sprząta, sieje warzywa, kosi trawę, zbiera jabłka. Jak się obrobi, to stawia sobie krzesło ogrodowe przed domem i wygląda Zbyszka. Myśli, czy Zbyszkowe serce nadal bije.
Z ludźmi w ogóle stary nie gada, a jeśli już się zdarzy, to mówi, że tęsknoty za dużo na tym świecie, że ludziom połowa by jej całej wystarczyła, a i to byłoby nadto.
Jak się kładzie do snu, to modli się do Pana Boga, że tego czekania w nadmiarze dostał, że już się w życiu tyle naczekał, że Pan Bóg mógłby komuś innemu to jego czekanie dać. Ale kiedy przestaje się modlić, dopada go strach, bo gdzieś przeczytał, że w miarę czekania przestaje się już czekać. W końcu z tego wszystkiego zasypia, nasłuchując Zbyszkowych kroków.
Robert Majewski
