Powitało Stephena świeże powietrze, grając na jego rozdygotanych nerwach jak na harfie, powiew rozdygotanego powietrza pełnego nasionek jasności. (…) Czyżbyś czyścił jakieś cipki z pajęczyny? (…) Paryż budzi się bezceremonialnie, brutalne światło słońca na jego cytrynowych ulicach. Wilgotna moc miękiszu pieczywa, żabiozielony absynt, poranne kadzidło paryskie zalotnie unosi się w powietrzu. (…) Szara, zapadnięta pizda świata. (…) Przeświecające przez kratownicę liści słońce obsypało jego kark, na którym dźwigał swą mądrość, świecidełkami, przypominającymi roztańczone monety (…) Kołatką w kształcie koguta sterczącą jak kutas, kukuryku. (…) Powoli nadpełzają węże rzecznej mgły. Z rynsztoków szczelin, kloak i śmietnisk wszędzie wzbijają się nieruchawe opary.
Jamesa Joyce’a Ulisses (Wydawnictwo Officyna, tłumaczenie Maciej Świerkocki) jest książką totalną. Piękno słowa w swej głębi miesza się z w niej wulgarnością, a ironiczny humor z drobiazgami reporterskimi; poezja sąsiaduje z fragmentami prozą bez znaków przystankowych, zaś przemyślenia na temat Boga i kobiecości ze swobodnym strumieniem świadomości… Do tego świetne posłowie autorstwa Piotr Pazinski: jego rozważania o Homerze w stolicy Irlandii, obcości w tłumie i przywołanie „buńczucznych zapewnień” Joyce’a wypowiadanych „z kamienną miną i z przymrużeniem oka” – że „>>Ulisses<< napakowany jest zagadkami, nad którymi legiony badaczy ślęczeć będą całe stulecia”.
Moja pierwsza myśl po zakończeniu lektury tej książki: James Joyce, dumny syn Dublina, świadomy swego geniuszu postanowił zabawić się literacko.
Intrygujący jest już sam zamysł, by całość toczyła się jednego czerwcowego dnia na początku ubiegłego stulecia – a głównym motywem uczynić wędrówkę kilkorga osób po jednym mieście. Wyobrażam sobie, że Joyce podczas tworzenia „Ulissesa” pomyślał, że teraz napisze fragment zachwycający, jak ten: „Z głębokiej groty ust jego dobywał się w regularnych odstępach potężny prąd ciepłego tchnienia, a donośne, mocne, czerstwe bicie potężnego serca niosło się rytmicznym echem, dudniąc grzmiąco i wprawiając ziemię, szczyt wysokiej wieży oraz jeszcze wyższe skały jaskini w drżenie tudzież wibracje”. Chwilę później mogło mu przyjść do głowy, by machnąć coś obrazoburczego („Stowarzyszenie mnisich jebaków”), zdanie na kształt złotej myśli („Tak, molo to most zawiedziony”), reportersko drobiazgowego (jak fragment o niestemplowanym znaczku pocztowym: czteropensowym, różanym, niebieskim, ząbkowanym, Wielka Brytania, 1855), humorystycznego („– Jesteś całkowitym abstynentem? Pyta się Joe. – Pomiędzy jedną kolejką i drugą nie piję ani kropelki”)… A przy tym, niewykluczone, uśmiechał się szelmowsko.
Mógł pomyśleć również, że napiętnować antysemityzm można za pomocą pomysłowego tekstu piosenki o córce Żyda. Satyrę na media staczające się w banalność oddać przy pomocy absurdalnych tytułów, jak ten: „Sofista wali nadętą Helenę prosto w kichawę (…)”. Mógł chcieć zabawić się formą – stąd może płynący niekiedy swobodny strumień świadomości czy coś na kształt szalonej sztuki teatralnej, w której przemawiają na przykład Ostrokrzew, Koniec Świata i kobiety: one jednego z głównych bohaterów oskarżają o uwodzenie i jednocześnie nie mogą bez niego żyć – łącznie z pragnieniem publicznego wychłostania go i uprawniania seksu przy świadkach.
Joyce raz jest poetycki („Jam jest ów młodzian, / co zostanie odzian / w niewidzialność”), innym razem przenikliwie dosadny („Żyjemy w epoce umęczonego kurestwa szukającego na oślep swojego boga”), jeszcze indziej przestrzegający (choćby wtedy, kiedy sugeruje, by nie oceniać czyjegoś samobójstwa) i liryczny – jak w ujmującym wątku o pięknej Gettcie MacDowell lub w monologu żony jednego z głównych bohaterów: „(…) nie byłoby ich wcale na świecie gdyby nie my nie wiedzą co to znaczy być kobietą i matką skąd mogliby wiedzieć co by z nimi wszystkimi było gdyby zabrakło im matczynej opieki (…) może mimo wszystko cudowna jest ta godzina taka cicha uwielbiałam kiedyś wracać do domu po wieczorkach tańcujących nocne powietrze (…) patrzyłam na morze i niebo myślałam o tylu rzeczach (…) tak więc wszystkie jesteśmy kwiatami”. To właśnie fragmenty długiego monologu stworzonego bez znaków przystankowych, który być może oddaje zamysł Joyce’a na całą tę książkę: Czytelniczko i Czytelniku, wiem, łatwo nie jest, lecz jeśli podejmiesz wyzwanie, w tej wodzie masz szansę wyłowić niejedną perłę. Ja na przykład tę o matczynej miłości, chroniącej przez rozdeptaniem jak bezkostnego ślimaka przez rozpędzony świat, być może jedynej prawdy w naszym życiu.
Każda książka przekładana na język polski ma swojego współautora: tłumacza lub tłumaczkę.
Joyce’a przy tym wydaniu Ulissesa wsparł Maciej Świerkocki, który tę powieść tłumaczył przez siedem lat. Chudych? Nie wiem, czy w tym czasie miał czas na jedzenie, ale do swego zadania literackiego podszedł profesjonalnie i z wyobraźnią. Jemu można zawdzięczać na przykład wielebnego Ananiasza Chwaliboga Gołodupca i rozchwierutane drzwi; Słonia Trąbalskiego kochającego słonicę Alicję i zręcznie nalewany syrop tarninówki; solennie napuszonego Gogusia Mulligana, wciórności, ścichapęk i prezent urodzinowy od córki-bzdurki; gżegżółkę siedzącą na pełnym symetrii buku i ojca Coffey’a, którego nazwisko kojarzy się z kojfnięciem… W każdym razie po tych siedmiu latach tłumaczenia, mam nadzieję, nie tylko zasłużenie cieszy się teraz siedmioma tłustymi – obfitującymi w satysfakcję, pochwały i wyróżnienia; ale więcej: jak sam Joyce zapewnił sobie nieśmiertelność.
Letni wieczór już zaczął zamykać świat w swym tajemniczym uścisku. Daleko na zachodzie chowało się słońce i ostatni blask nazbyt szybko mijającego dnia kładł się jeszcze czule na morzu i plaży, na dumnym, kochanym przylądku Howth, jak zawsze strzegącym wód zatoki, na wodorostozarośniętych skałach wzdłuż brzegu Sandymount, i wreszcie na skromnym kościółku, z którego od czasu do czasu niczym strumień spływał w ciszę głos modlitwy do tej, co w swojej czystej jasności jest zawsze jak latarnia morska dla miotanego burzanami człowieczego serca, do Maryi, gwiazdy morza.
Rafał Kowalski
P.S. Maciej Świerkocki 7 marca br. (18:00) będzie gościem Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki im. Themersonów; spotkanie autorskie z nim poprowadzi Renata Jaskulska.
James Joyce, Ulisses (przełożył Maciej Świerkocki), Wydawnictwo Officyna, Łódź 2023, s. 784
