Takie to właśnie było uczucie. Jak głęboki strach ściganego bizona, gdy myśliwy jest bliski jak myśl, a lufa pistoletu zaraz wypali. Ten dziwny czas, gdy balansuje się przed śmiercią. Z przerażeniem i gniewem w wybałuszonych oczach. Takie to było uczucie w tamtej chwili. Może to zarazem najpiękniejsza chwila w życiu bizona, chwila jaskrawej klarowności, gdy wszystko, co drogie jego sercu, staje się dla niego jasne: preria, łubiny, ostre trawy, długi oddech zimy i nagła szczodrość wiosny. Na sekundę widzi wszystko jaśniej, nim to straci.
Nawet jeśli tę książkę Pisarza Często Ocierającego Się O Nagrodę Bookera (wydaną przez Wydawnictwo Art Rage, przetłumaczoną przez Krzysztof Cieślik) zaliczyć do powieściowego westernu – ważniejsze od napadów z bronią w ręku wydaje się w niej to, co dzieje się między konkretnymi postaciami. Nienawiść, ale i miłość ponad podziałami na płeć czy kolor skóry…
Jest już po wojnie secesyjnej i zniesieniu niewolnictwa, lecz pewne rzeczy się nie zmieniają. Także tam, gdzie „Jedynym budynkiem, gdzie tętniło jakie życie, był saloon Zollicoffera, skąd dźwięki pianina rozchodziły się po ulicach i prywatnych posesjach niczym chmara szczurów”. Kiedy to przedstawiciel rdzennego narodu (zwany Indianinem) w oczach wielu jest jak popiół z ogniska, jego pobicie nie stanowi przestępstwa „żadną miarą”. Dostaje się również tym, którzy teoretycznie są już pełnoprawnymi obywatelami, zaś bandyci są mianowani na stanowiska kojarzone z prawem i sprawiedliwością.
Na tej ziemi nędznej pod wieloma względami potrafią zakwitnąć piękne kwiaty… Jak miłość do nieżyjącej matki. Jak sytuacja, kiedy jedna z bohaterek dowiaduje się, że bliska jej dziewczyna rusza „w głęboki mrok nocy”, by pomścić jej krzywdę – wtedy mówi m.in.: „Wiesz, jak moje serce, gdy teraz na ciebie patrzę, wzbiera czymś, dumą czy jakim uczuciem tak potężnym, że może i góry mu nierówne?”. A dwaj opiekunowie tej, której „raną było utracone dzieciństwo”, tę ranę zabliźniają i darzą siebie wyjątkowym uczuciem. Jeden z nich „nosił się gorzej niż leśne zielsko”, drugi „wydawał się zapuszczony jak rów przy drodze”, ich przeszłość nie kojarzy się z anielskością… Ale to oni symbolizują „głębokie poczucie bezpieczeństwa i szacunku”, żyją i myślą „jak jeden człowiek”. To w ich przypadku gwałtowna siła przepala piersi w gorączkowym uścisku, zaś podopieczna obu życzy każdemu, by umieli kochać jak oni.
Sebastian Barry ustami swojej bohaterki podkreśla, że są tacy, którzy „Nie widzą pojedynczych dusz ani tego, że wszyscy są jak cesarze dla tych, co ich kochają”. Nie dostrzegają choćby tego, że znana im czarnoskóra kobieta jest być może jedyną w Tennessee, co to „znała grekę, łacinę i hebrajski”. A jej brat okazuje się wielkim talentem śpiewaczym, znającym „wiele piosenek, nie tylko te stare, przyjemne dla ucha pieśni do pracy”. Czy uda mu się „wystrzelić w górę i rozkwitnąć”? I czy w tej książce zatriumfuje Sprawiedliwość?…
Irlandzkiemu pisarzowi zdarza się często poetycko działać na wyobraźnię („Długie, wirujące fale wiatru napierały na lasy, a te zawodziły w pełnym udręki proteście”; „Jednak nieskwapliwe światło słoneczne próbowało zmierzyć wysokość sklepienia długimi, wątłymi żyłkami”). Zaś jego tłumacz na język polski wychodzi mu naprzeciw z szacunkiem – również (a może przede wszystkim) wtedy, gdy także dzięki niemu można przeczytać na przykład: „Mam mu pedzieć, coby przyszeł kedy indziej?”, „Oczywista nie poznał żem wszystkich w Ameryce”, „Praszam – powiedziałam”.
No właśnie… Kto śledzi polski rynek literacki, wie, że Krzysztof Cieślik poszedł w dyrektory i współszefuje wydawnictwu, które wypuściło w świat rodzime wydanie tej książki. Lecz jeśli z tego powodu myśli o rezygnacji z tłumaczenia z obcego na nasze, byłaby to spora strata. Kto zna jego przekłady książek „Shuggie Bain” Douglasa Stuarta i „Drobiazgi takie jak te” Claire Keegan – wie, że on (podobnie jak na przykład Tomasz Gałązka) z wyczuciem „pozwala” swoim bohaterom mówić ich językiem; u niego chłopak z blokowiska nie będzie silił się na polszczyznę absolwenta najlepszej uczelni – będzie sobą.
Czyż w tamtej szczególnej chwili nie czułam się nieustraszona, ja, dziewczyna, co powinna się stale strachać? Porozdzierana przez kogoś i, wedle oziębłych słów kaznodziei, bez wątpienia zepsuta? Żadna nie była mnie zepsuta ode mnie. Zaczynałam się czuć demonem odwagi. Jak do tego doszło? Ta lodowata szata skrojona ze strachu i wątpliwości zsunęła mi się z ramion. Zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek podniesie się z zimnej ziemi, by znowu mnie spowić. Czułam się gotowa na wszystko.
Czułam, że stoję u progu wielkich czynów.
Rafał Kowalski © 2023
Sebastian Barry, Tysiąc księżyców, tłumaczenie Krzysztof Cieślik, Wydawnictwo Art Rage, Warszawa 2023, s. 224
