Urban nie przepada za komputerem, od sekretarki dostaje wydruk z komentarzami pod artykułem. Zajmują około stu stron. Czyta je uważnie i pisze felieton o swoich rodakach. Zauważa, że dyskutanci dzielą się z grubsza na dwa obozy. Pierwszy składa się z katolików, którzy wyrażają żal, że „ta czerwona świnia Urban” nie zdechła. Druga grupa to niewierzący, którzy cieszą się, że bohater artykułu ocalał, a jednocześnie mają pretensje do grupy pierwszej o brak miłosierdzia. Oczekiwanie ateistów wobec katolickich oponentów, żeby stosowali się do chrześcijańskich zasad, naczelny „Nie” uznaje za osobliwe.
Tak to widzę: Dorota Karaś i Marek Sterlingow wśród rozsypanych puzzli próbują ułożyć z nich portret postaci wieloznacznej. Nie mogą skupić się głównie na fragmentach układanki z działalnością swojego bohatera w roli rzecznika rządu PRL. Trudno też, by rzucali światło przede wszystkim na jego dużą inteligencję, talent do tworzenia słowa, stawianie na swoim w relacji ze wszystkimi. Dlatego z pietyzmem starają się łączyć zapisy rozmów (również z samym Wielkim Manipulo vel Dobrem Narodowym), zebrane fotografie, notatki z lektury książek, listów, pamiętników, gazet przed- i powojennych… Wiedzą bowiem, że brak choćby jednego fragmentu układanki może uczynić niepełnym ich wizerunek Jerzego Urbana.
Tak wyobrażałbym sobie podręcznik do historii Polski wieku obecnego i poprzedniego. W którym kluczowe wydarzenia z udziałem znanych postaci splatają się z maksymalnym zbliżeniem do nich reporterskiej lupy. Kiedy wicepremier Mieczysław Rakowski szykuje się do głośnej publicznej debaty z Lechem Wałęsą, zauważa, że zapomniał okularów i bez nich nie zdoła przeczytać przemówienia; zaczyna się ich gorączkowe poszukiwanie. Dla Jerzego Urbana Zagłada sześciu milionów Żydów będzie miała twarz pewnej młodej dziewczyny. Naczelny „Polityki” przekonuje premiera Piotra Jaroszewicza, że trzeba zacząć pisać o kłopotach na rynku mięsnym – ten nie polemizuje, w milczeniu skubie świąteczną szynkę.
Kiedy Urban w ważnym momencie dla Polski pierwszy raz spotyka Wojciecha Jaruzelskiego – widzi go wychodzącego z sypialni w zielonej koszuli i wojskowych spodniach ze spuszczonymi szelkami, które dziwnie kontrastują z cywilnymi kapciami. Gdy zaś dowiaduje się o śmierci znanego i cenionego dziennikarza i swojego przyjaciela Daniela Passenta – z którym w pewnym momencie historii stanęli po obu stronach barykady – będąc zbyt słabym na uczestnictwo w pogrzebie, prosi swoją córkę, by położyła kamień na grobie zmarłego („Magda jest poruszona. Ojciec zawsze podkreślał, że nie czuje związku z tradycją żydowską”).
Przedwojenna Łódź („przekładaniec warstw wielkich pieniędzy, nędzy i popiołów z pożarów, które zapewniają wypłatę odszkodowań i oddalają widmo bankructwa”), w której współpracownicy oszukanego właściciela gazety nasyłają uzbrojoną w łomy ekipę, by odzyskać redakcję… Senne miasteczko Budzanów jak z pocztówki… Odzyskane mieszkanie w powojennym Włókienniczym Mieście („W salonie honorowe miejsce zajmują potężny niemiecki globus i model statku >>Santa Maria<< Kolumba. Łazienkę ozdabia ręcznik z niemiecką sentencją wyhaftowaną niebieską nitką: >>Wszystkie słodkie aniołki niechaj czuwają nad innymi snami<<”)… Wreszcie Warszawa, w której eksploduje talent i cynizm głównego bohatera tej książki wydanej przez Wydawnictwo Znak.
Wszędzie tam Jerzy Urban, w dzieciństwie wyobrażający sobie, że jest cesarzem wszechświata. Wierzący w wielkość Stalina, lecz powątpiewający, czy na wschodzie faktycznie jest raj. Podczas podróży do Izraela zachwycony tamtejszymi kibucami i rozczarowany miejscowym nacjonalizmem. Tworzący mnóstwo artykułów satyrycznych i reporterskich (jego „Pamiętnik swata” przejdzie do historii jako pierwszy polski reportaż wcieleniowy – Mariusz Szczygieł umieści go wśród stu najlepszych polskich reportaży XX wieku) – dzięki nim jest popularny w całej Polsce i nie raz karany zakazem pisania. Broniący wprowadzenia stanu wojennego, kluczący w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki (i nie tylko w tej), wyrażający skruchę w temacie śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Rozpalający emocje jako twórca tygodnika „Nie”: obrazoburczego w formie, tropiącego afery, punktującego polskie przywary („W kolejnym wydaniu redakcja ogłasza, że wypłaci pięć milionów złotych nagrody kobiecie, która przedstawi dowody, że za przerwanie ciąży zapłacił jej któryś z senatorów (pod nazwiskiem zgłosi się jedna informatorka); popularność niejakiego Stana Tymińskiego w pojedynku o fotel prezydenta Polski naczelny komentuje: „Naród gotów dać się uwieść każdemu, kto ma forsę i pachnie wielkim światem”).
Jest również Urban mający kłopoty w relacji z dziećmi. Piszący po śmierci swojego ojca, najstarszego aktywnego dziennikarza w Polsce: „Dziennikarzowi straszniej jest umierać niż innym ludziom, bo bardziej niż inni jesteśmy ciekawi tego, co będzie dalej. Śmierć jest czymś w rodzaju wyjścia ze stadionu, gdzie trwa nadal dramatyczny mecz, albo oddaniem nie doczytanej książki o sensacyjnej fabule”. W liściku wyznający miłość swojej siedemdziesięcioletniej żonie („Brakuje mu fizycznej bliskości, tęskni za tym, co już nie wróci. Chce jednak, żeby ona przestała siedzieć z nim w domu i czekać na jego śmierć. On w jej wieku podróżował, spotykał przyjaciół, chodził do restauracji”).
W tym wszystkim są i Autorzy – ze swoim poczuciem humoru (weźmy wątek węgorza z „papieskiej” wędzarni i Pawła Kukiza z szatanem), reporterskim podejściem do znaczenia szczegółów (biurko Urbana), umiejętnością zaskoczenia (warto zwrócić uwagę, co następuje po tym, kiedy jeden z rozdziałów kończy się okrzykiem „Pod ścianę!” i uniesieniem karabinów), wnikliwością (Jerzego Urbana pytają na przykład o jego nikotynowy nałóg i postawę wobec zachowania władzy w obliczu robotniczego strajku w Radomiu) i z wielkim powrotem po premierze ich poprzedniej książki „Walentynowicz. Anna szuka raju” w 2020 roku.
Jesienią 1980 roku wybitna reporterka i ulubienica naczelnego [Hanna Krall] pisze reportaż o Annie Walentynowicz, która – obok Wałęsy – stała się symbolem sierpniowego strajku. „Tekst Ludzie może i nie są źli…” to poruszający monolog skrzywdzonej przez życie i socjalistyczny system kobiety, która zachowała godność i walczy o prawa dla innych. Pierwszy czyta go redaktor Jerzy Urban. – Słuchaj, ja tej baby nie znoszę – przyznaje. – Ale to jest tak dobrze napisane, że głupio mi zatrzymywać. Umówmy się, że ja tego w ogóle nie czytałem.
P.S. Dorota Karaś i Marek Sterlingow będą gośćmi Muzeum Żydów Mazowieckich w Płocku – 22 listopada o 18:00 poprowadzę tam spotkanie autorskie z nimi.
Rafał Kowalski © 2023
Dorota Karaś, Marek Sterlingow, Urban. Biografia, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, s. 624
